Hollow Ship - Future Remains
Hollow Ship - Future Remains

Hollow Ship – Future Remains

Hollow Ship - Future Remains
Hollow Ship – Future Remains

Przyszłość z odzysku

Jest coś bezczelnego w nazwaniu debiutu „Future Remains”, kiedy już po kilku minutach wiadomo, że po studiu kręcą się duchy późnych lat sześćdziesiątych, krautrocka, funku, progresji, psychodelicznego jamowania i całego tego analogowego gospodarstwa, które od dwóch dekad przeżywa kolejną młodość. Przyszłość? Owszem. Tyle że zbudowana z części znalezionych na strychu.

To mógłby być początek aktu oskarżenia, bo współczesny rock psychodeliczny wyprodukował już wystarczająco dużo zespołów zachowujących się tak, jakby fuzz był wehikułem czasu, a magnetofon taśmowy automatycznie nadawał nagraniu duszę. W Laboratorium podobny problem pojawiał się choćby przy Blackberries: retro samo w sobie nie jest jeszcze ani zaletą, ani przewinieniem. Liczy się to, co muzyk zrobi po otwarciu szafy z kostiumami.

Hollow Ship robią rzecz znacznie rozsądniejszą, niż sugeruje lista ich inspiracji. Nie próbują udowodnić, że wynaleźli psychodelię po raz drugi. Zmieniają jej środek ciężkości. Na „Future Remains” najważniejsze wydarzenia często rozgrywają się poniżej gitar: w basie, perkusji, repetycji i sposobie, w jaki groove zaczyna organizować całą przestrzeń nagrania.

Take Off od razu ustawia warunki tej umowy. Bas nie jest fundamentem, który grzecznie czeka pod spodem, lecz jednym z głównych narratorów. Perkusja nie służy do odmierzania kolejnych psychodelicznych widoczków. Pcha utwór do przodu, momentami z ciężarem bliższym funkowi i hiphopowemu myśleniu o rytmie niż tradycyjnemu rockowemu balansowi. Gitary mogą więc syczeć, rozlewać się i komentować, zamiast obejmować urząd prezydenta republiki.

Gitara schodzi z tronu

Tu zaczyna się prawdziwy paradoks „Future Remains”. Zespół korzysta z Tascama 388, ośmiośladowej taśmy, starych metod nagrywania i całego arsenału środków, które mogłyby skończyć jako nabożeństwo ku czci „ciepłego analogu”. Tymczasem rezultat nie brzmi jak rekonstrukcja zabytku. Miks jest masywny od dołu, rytmicznie bezpośredni, miejscami niemal przesadnie fizyczny. Stare narzędzia nie służą do konserwacji przeszłości, tylko do jej lekkiego rozregulowania.

To szczególnie dobrze słychać w Agent. Repetycja nie zamienia się tu w tapetę, ponieważ sekcja rytmiczna stale utrzymuje lekkie napięcie między transowością a ruchem. Hollow Ship są najciekawsi właśnie wtedy, gdy przestają komponować „psychodeliczny utwór”, a zaczynają budować mechanizm, w którym instrumenty nakręcają się nawzajem. Podobną fascynację repetycją i możliwością rozpychania rockowej formy można znaleźć w bardziej krautrockowych rejonach opisywanego przez nas „Floating” Mouth, choć Szwedzi mają zdecydowanie więcej funku w stawach.

Chasing Shadows działa odwrotnie: najpierw zostawia więcej miejsca, prowadzi melodię spokojniej, niemal poufnie, by później zwiększyć napięcie gitarami. Nie jest to objawienie kompozycyjne, lecz pokaz dobrej dyscypliny. Hollow Ship wiedzą, że psychodelia bez kontrastu bardzo szybko zamienia się w wygaszacz ekranu. Dlatego krótkie Built to Last, trwające niespełna dwie minuty, ma na tej płycie większy sens, niż sugerowałby rozmiar. Zdejmuje ciężar, zmienia proporcje, wpuszcza powietrze.

Najwięcej tego powietrza dostaje Stay Sane. Zespół zwalnia potrzebę demonstrowania siły, a muzyka zaczyna unosić się zamiast maszerować. To jeden z tych momentów, kiedy analogowa miękkość naprawdę pracuje na emocję, a nie na certyfikat autentyczności. Album nagle okazuje się mniej zajęty własnym warsztatem.

Magiczna góra, stary kamień

I dochodzimy do Magic Mountain, czyli utworu, który najłatwiej zarówno pokochać, jak i postawić pod ścianą. Thomas Frank wskazywał go jako najbardziej reprezentatywny dla pierwszego wcielenia Hollow Ship: materiał został zagrany na żywo na taśmę, bez dogrywek i montażowych sztuczek. To słychać w jego bezpośredniości. Zespół nie tyle konstruuje kompozycję, ile wprawia ją w ruch i pilnuje, aby nie spadła z torów.

A jednak właśnie tutaj najmocniej wraca pytanie, którego psychodeliczny revival nie znosi od lat: ile razy można wejść na tę samą górę i nadal twierdzić, że widok jest nowy? Riff, ciężar, progresywne rozpychanie fraz, jazzowa swoboda perkusji — wszystko układa się znakomicie, ale niewiele z tych składników przychodzi bez historycznego bagażu. Kto zna psychodeliczny rock, King Crimson, różne odmiany jamowego grania i gitarowe lata siedemdziesiąte, raczej nie będzie chodził po mieszkaniu z okrzykiem, że oto zmieniła się historia muzyki.

I bardzo dobrze. Historia ma ostatnio wystarczająco dużo pracy.

Magic Mountain broni się nie odkryciem, lecz zespołową prawdą wykonania. Bas i perkusja nie stoją za gitarami jak ochrona na koncercie gwiazdy. Każdy instrument ma własny ciężar, a całość rozwija się dzięki wspólnemu pulsowi. Dlatego utwór może wydawać się znajomy i jednocześnie uzależniać. To nie sprzeczność do usunięcia. To właściwie najważniejsza sprzeczność całego albumu.

Pod tym względem Hollow Ship są bliscy współczesnym zespołom, które zamiast wybierać między progiem, psychodelią, funkiem i repetycją, traktują te języki jak wspólny magazyn narzędzi. Tę logikę, choć poprowadzoną znacznie dalej w stronę formalnej dezorientacji, można odnaleźć również przy Angine de Poitrine. Różnica jest zasadnicza: Hollow Ship nigdy nie chcą sprawdzić, jak daleko można rozmontować rockową piosenkę. Wolą wiedzieć, ile można z niej wycisnąć, zanim trzeba będzie rozkręcać śruby.

Retro bez immunitetu

We Came Too Late i We Were Kings przypominają, że grupa nie jest wyłącznie instrumentalnym laboratorium rytmu. Melodie są przystępniejsze, wokal porządkuje formę, a tekstowa warstwa „Future Remains” zaczyna odsłaniać zainteresowanie przemijaniem, pokoleniową zmianą, upadkiem dawnych porządków i niepewną przyszłością. Sam tytuł albumu przestaje wtedy wyglądać jak przypadkowo dobrze brzmiący slogan.

Nie nazwałbym jednak tekstów największą siłą Hollow Ship. Częściej ustawiają perspektywę niż przejmują ciężar utworów. Gdy słowa znikają, zespół niczego zasadniczego nie traci — czasem wręcz zyskuje. Na tej płycie muzycy są bardziej przekonującymi dyskutantami niż narratorzy. Rytm potrafi powiedzieć więcej o ich wizji przyszłości niż niejedna deklaracja.

In the End odsłania z kolei granicę całej metody. Kiedy ciężki rockowy język staje się zbyt oczywisty, natychmiast wychodzi na jaw, jak niewiele Hollow Ship dzieli od dziesiątek zespołów, które również mają półkę z psychodelicznymi klasykami i bardzo dobrze wiedzą, gdzie włącza się fuzz. Nie wszystkie pomysły zostały na „Future Remains” przepracowane równie głęboko. Czasami sprawność zespołu jest szybsza od wyobraźni kompozytorskiej.

Ratuje ich to, że płyta trwa około trzydziestu pięciu minut i nie próbuje udawać traktatu. Dziewięć utworów wystarcza, aby pokazać język zespołu, ale nie daje mu czasu na przemianę własnych przyzwyczajeń w manierę. Debiut pozostaje zwarty, ruchliwy i znacznie bardziej zainteresowany graniem niż monumentalnym objaśnianiem, dlaczego to granie powinno być dla nas ważne.

W 2020 roku, po dekadach rewitali­zowania każdej możliwej odmiany psychodelii, trudno było jeszcze wiarygodnie obiecać przyszłość za pomocą starego magnetofonu, funkowego basu i gitar pamiętających marzenia poprzednich pokoleń. Hollow Ship zrobili więc coś sprytniejszego. Potraktowali przeszłość nie jak muzeum, lecz jak magazyn części zamiennych.

„Future Remains” nie jest rewolucją psychodelicznego rocka. Jest dowodem, że cudze wynalazki nadal mogą zacząć żyć własnym życiem, jeśli zmieni się ich wzajemne położenie. Gitary pamiętają dawne imperia, perkusja już planuje przewrót, a bas bez pytania przejął klucze do budynku. Przyszłość pozostaje więc dokładnie tam, gdzie obiecywał tytuł: w resztkach. Trzeba tylko przestać traktować je jak relikwie.

Oficjalne informacje o wydaniu: PNKSLM Recordings oraz Bandcamp Hollow Ship.

Hollow Ship - Future Remains
Hollow Ship – Future Remains
UTWORY: 1. Take Off, 2. We Came Too Late, 3. Agent, 4. Chasing Shadows, 5. Magic Mountain, 6. In the End, 7. Built to Last, 8. Stay Sane, 9. We Were Kings. SKŁAD: Thomas E. Frank / gitara, wokal; Vincent Vensal / gitara; Johannes Cronquist / bas; Mårten Magnefors / perkusja, instrumenty perkusyjne. Dodatkowe role wykonawcze: brak potwierdzonych informacji. PRODUKCJA: nagrania: Welfare Sounds oraz Studio Ljudvalvet; większość materiału zarejestrowano na ośmiośladowym Tascamie 388, Built to Last na czterośladowym Tascamie 246; produkcja Mattias Glavå i Hollow Ship, Take Off – Daniel Johansson i Hollow Ship; miks Mattias Glavå i Hollow Ship w Kungssten Studios, Take Off – Daniel Johansson w Welfare Sounds; mastering Daniel Johansson w Welfare Sounds; okres nagrań: brak dokładnych potwierdzonych dat. WYDANIE: PNKSLM Recordings, 3 kwietnia 2020, LP winylowy i wydanie cyfrowe, nr katalogowy PNKSLM073. Rozszerzona edycja z przebudowaną kolejnością utworów i trzema dodatkowymi nagraniami ukazała się 19 listopada 2021 na CD i cyfrowo.
KONCEPT
6.6
SPÓJNOŚĆ
7.2
BRZMIENIE / PRODUKCJA
7.9
WYKONANIE
7.6
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
8.4
MELODIE / MOTYWY
8.7
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
8
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
4.8
EMOCJONALNOŚĆ
6.4
SIŁA PRZEKAZU
5.7
INNOWACYJNOŚĆ
6.6
EFEKT POWROTU
9.4
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
7.3
OCENA
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.