W połowie lat 90., podczas trasy z Megadeth, Flotsam and Jetsam zobaczyli po raz pierwszy, co publiczność robi na koncercie nieznanego jeszcze szerzej Korna. Ludzie latali w powietrzu, młyn pod sceną oszalał, a Eric A.K. Knutson i spółka doszli do prostego wniosku: po tych gościach grać nie chcemy. Zamienili kolejność. Nie ma sensu udawać, że sala reaguje inaczej, niż reaguje.
Ta historia mówi o dzisiejszych Flotsam and Jetsam więcej, niż kolejna wyliczanka zasług z 1986 roku. To zespół, który przez cztery dekady miał wystarczająco dużo czasu, żeby nauczyć się, kiedy muzyka rzeczywiście rusza ludzi, a kiedy tylko spełnia wszystkie formalne wymagania metalu. Na Rats in the Temple większość numerów rusza. Kilka już tylko bardzo sprawnie wykonuje procedurę.
I właśnie między tymi dwoma stanami rozgrywa się cały album.
„Harvesting the Hate”
Najpierw trochę kina. Smyczki, orientalizujący posmak, napięcie budowane tak, jakby za chwilę z głośników miał wyjechać rydwan z budżetem Petera Jacksona. Flotsam and Jetsam nie przeciągają tego numeru. Ken Mary wbija bębny, Michael Gilbert i Steve Conley łapią zwarty riff i Harvesting the Hate natychmiast zmienia środek ciężkości.
Mary jest tu ważniejszy, niż mogłoby wynikać z tradycyjnego podziału ról. Nie wybija jedynie tempa. Wpycha zespół w kolejne części utworu. Kiedy gitary zaczynają ciąć krócej, podwójna stopa zagęszcza ruch; kiedy nadchodzi refren, perkusja przestaje urządzać wyścig z riffem i daje Knutsonowi szerokie wejście. Dzięki temu melodia nie wygląda jak doklejona do thrashowego kawałka po spotkaniu działu marketingu.
A refren jest duży. Naprawdę duży.
To zresztą jeden z głównych znaków obecnego Flotsam and Jetsam. Zespół od dawna nie pisze muzyki według zasady, że dobry thrash musi przez cztery minuty zachowywać się jak pies, któremu ktoś właśnie nadepnął na ogon. Zwrotka może gryźć, gitara może szarpać rytm, Mary może puścić bębny pełnym ciągiem, po czym Knutson otwiera melodię prawie jak wokalista klasycznego heavy czy power metalu. Jeśli przejście zostało dobrze ustawione, numer nie traci siły. Harvesting the Hate jej nie traci.
I od razu słychać jeszcze jedno: Eric A.K. nie próbuje podszywać się pod Erica A.K. sprzed czterdziestu lat. Jego głos jest niższy, bardziej szorstki, czasem łapie chropowatą krawędź, której nie było na Doomsday for the Deceiver. Wysokie rejestry nie są już podstawowym środkiem rażenia. Obecne utwory są pisane pod ten głos, a nie przeciwko niemu.
Ken Mary
W wywiadzie dla Dead Rhetoric Knutson powiedział rzecz, która bardzo dobrze tłumaczy konstrukcję tej płyty. W obecnym składzie nie ma specjalnego przywiązania do autorstwa poszczególnych fragmentów: ktoś przynosi refren, ktoś inny go zmienia, zespół sprawdza, która wersja działa lepiej. Knutson przyznał również, że Mary ma wyjątkowo dobrą rękę do refrenów. To naprawdę słychać.
Damnation schodzi niżej i mocniej siada na groove’ie. Bas Billa Bodily’ego pracuje pod gitarami, Mary ustawia bardziej miarowy krok, a wokal może wejść nad nimi bez konieczności przekrzykiwania całej hali maszyn. Nie jest to najbardziej pamiętny numer zestawu, za to pokazuje metodę.
Absolution wykonuje ten sam test znacznie lepiej. Gitara od początku jest bardziej nerwowa, riff nie maszeruje, tylko przeskakuje między akcentami. Mary dosypuje przejścia zamiast walić jednym ciągiem, a refren dostaje piosenkę już rozpędzoną. Tutaj konstrukcja znika za wykonaniem. Człowiek nie zastanawia się, gdzie zaczyna się pre-chorus. Zespół zdążył go tam wepchnąć.
Blame the Knife idzie ciężej. Riff jest bardziej zwarty, chwilami wręcz mechaniczny, a wokal Knutsona tnie krótszymi frazami. Tekst opowiada o przerzucaniu odpowiedzialności za przemoc na narzędzie, więc ten suchy, niemal punktowany sposób śpiewania ma sens również poza samą melodią. W tle pracują chórki, gitary naciskają od dołu, a Mary nie daje numerowi rozlać się w teatralność.
To jest dzisiejsza przewaga Flotsam and Jetsam. Doświadczenie nie objawia się tutaj wolniejszym tempem i poważną miną. Objawia się selekcją. Wiedzą, kiedy przerwać riff. Wiedzą, kiedy odpuścić gitarę pod wokalem. Wiedzą, że trzy sekundy za dużo potrafią zabić przejście.
„Rats in the Temple”
Utwór tytułowy robi rzecz odrobinę bardziej ryzykowną. Zaczyna od orkiestracji i ciemniejszej, niemal filmowej atmosfery. Przy drugim takim wejściu na jednej płycie można już zacząć podejrzewać, że ktoś za bardzo polubił bibliotekę sampli. Mary ucina podejrzenia krótkim pokazem siły i całość wpada w najbardziej ruchliwy fragment albumu.
Riff jest poszarpany. Bębny co chwilę zmieniają sposób nacisku. Nad gitarami pojawia się mroczna melodia, ale nie ciągnie ich w dół. Wokal główny dostaje wsparcie chórków, a Gilbert z Conleyem nie grają cały czas jednej funkcji: raz zamykają przestrzeń zwartym riffem, za chwilę rozciągają ją harmonią albo krótkim leadem.
Knutson nazwał Rats in the Temple jednym z technicznie trudniejszych numerów w historii zespołu. Takie deklaracje zwykle odkładam obok informacji o liczbie ścieżek gitarowych i gatunku drewna użytego do budowy werbla. Jeśli trudności nie słychać w efekcie, zostaje ciekawostką dla muzyków.
Nie jako wirtuozerski pokaz, tylko jako ciągłe przesuwanie równowagi. Gitara zaczyna ciążyć – perkusja ją podcina. Wokal otwiera frazę – riff pod spodem nadal pracuje. Orkiestracja wraca, ale nie przejmuje numeru. Taki techniczny metal ma sens, bo komplikacja napędza utwór zamiast domagać się oklasków za poziom trudności.
„The Ghost Behind My Door”
The Ghost Behind My Door idzie w przeciwną stronę. Zamiast dokręcać konstrukcję, poszerza ją. Gilbert i Conley wyciągają harmonizowane gitary wyżej, refren robi się niemal power-metalowy, a Knutson dostaje jedną z najlepszych melodii na płycie.
Thrashowi ortodoksi mogą skrzywić się na tak szerokie otwarcie. Ich sprawa. Pytanie brzmi, czy utwór po tym refrenie nadal ma dokąd wrócić. Ma. Kiedy gitary ponownie zaciskają rytm, kontrast pracuje na ich korzyść. Ciężar nie wynika z tego, że cały utwór jest ciężki. Wynika z powrotu ciężaru po chwili oddechu.
To drobna różnica, ale właśnie ona oddziela mocny numer od czterech minut jednostajnego zgniatania pliku WAV.
Środek płyty
First on the Spike jest dla mnie pierwszym ostrzeżeniem. Nie dlatego, że muzycy nagle grają gorzej. Właśnie nie. Wszystko jest na swoim miejscu. Mary tłucze jak należy, riff ma odpowiednią masę, wokal zmienia rejestr, prowadzące gitary wychodzą ponad rytm.
Tylko że zaczyna być słychać plan budynku. Ciężka zwrotka. Otwarcie wokalu. Przejście. Refren. Gitara. Powrót. Da się przewidzieć, gdzie numer skręci, zanim skręci. Profesjonalizm przestaje być niewidzialny i zaczyna wystawać ze ścian jak instalacja elektryczna.
The Edge of Nowhere szybko to naprawia. Intro zwalnia, korzysta z bardziej orientalizującej skali i przez chwilę trzyma zespół na krótszej smyczy. Potem wszystko wystrzeliwuje. Riff przyspiesza, Mary wpuszcza podwójną stopę, Knutson wchodzi ostrzej. Najważniejsze jest to wcześniejsze zatrzymanie: dzięki niemu szybkość znowu coś znaczy.
Przy Last Rites odzywa się dzwon. Zespół daje mu kilka sekund i przystępuje do standardowej procedury wyburzeniowej. Grube riffy, szybka sekcja, duży refren. Ten kawałek prawdopodobnie znacznie zyska na scenie, bo zbiorowe partie wokalne aż proszą się o tłum odpowiadający spod barierek. Na płycie robi swoje i jedzie dalej.
„A Taste for War”
Najbardziej potrzebny utwór drugiej połowy wcale nie jest najszybszy. A Taste for War zwalnia krok i wysuwa sekcję rytmiczną. Bodily wreszcie przestaje być przede wszystkim fundamentem pod ścianą gitar, Mary gra oszczędniej, bardziej marszowo. Gitara zostawia odstępy. Knutson nie musi gonić.
Po kilkudziesięciu minutach ciągłego nacisku taka zmiana działa mocniej niż następne przyspieszenie. Antywojenny tekst dostaje przy tym rytm przypominający ciężki, powtarzalny marsz. Nie potrzebuję komunikatu prasowego o czołgach i żołnierzach. Sekcja sama wykonuje robotę.
I tu wychodzi mały problem całej płyty: Flotsam and Jetsam potrafią znakomicie grać również wtedy, gdy zdejmują nogę z gazu. Szkoda, że robią to tak rzadko.
Gitary i głos
Her Blood Your Pain idzie mocniej w klasyczne harmonie dwóch gitar. Jest w tym trochę brytyjskiej szkoły heavy metalu: motyw otwiera przestrzeń, po czym cięższe partie ponownie ją ściskają. Melodycznie numer jest prostszy od utworu tytułowego, za to właśnie tutaj dobrze słychać, jak daleko dzisiejszy Flotsam odszedł od traktowania melodii jako ozdobnika.
Melodia prowadzi te utwory.
Knutson mówił, że gdy dostaje muzykę, instrumentalna podstawa zwykle jest już w dużej mierze gotowa. Słucha jej, szuka nastroju, później dopasowuje temat i frazowanie. To ciekawe, bo gotowa płyta chwilami sprawia odwrotne wrażenie: jakby riffy ustawiano tak, żeby głos miał gdzie wylądować.
To szczególnie słychać w Anthem for the Broken. Refren jest szeroki, niemal hymnówkowy, a gitary wykonują pod nim mniej ruchów. Nie próbują udowodnić, że również zasługują na uwagę. Utwór potrzebuje miejsca dla Knutsona i je dostaje.
Weteran metalowego wokalu nie musi wygrywać z gitarzystami konkursu na najwyższą częstotliwość. Wystarczy, że kiedy zaczyna śpiewać, wiadomo, po co reszta na chwilę się cofnęła.
56 minut
I dochodzimy do sprawy, której nie załatwi ani kunszt wykonawczy, ani bardzo dobra produkcja.
Rats in the Temple trwa prawie godzinę. Trzynaście utworów. W wersji winylowej materiał potrzebuje dwóch płyt. Sama długość nie jest zarzutem; można przez godzinę trzymać człowieka za gardło, można go też znudzić w siedemnaście minut. Tutaj problem pojawia się gdzieś między jednym a drugim.
Produkcja przez większość albumu utrzymuje wysoki poziom ciśnienia. Gitary są grube, mocno osadzone w środku. Stopa Mary’ego ma wyraźny atak, werbel przebija się przez riff, wokal siedzi wysoko. Poszczególne elementy da się rozdzielić, więc nie dostajemy bezkształtnego metalowego puree. Dynamika całej płyty pozostaje jednak dość wąska.
Jeżeli dziewięć numerów z rzędu uderza z bardzo podobną gęstością, dziesiąty przestaje wydawać się cięższy tylko dlatego, że dodano mu kolejną warstwę gitar.
Dlatego A Taste for War tak dobrze robi drugiej połowie. Dlatego spokojniejsze fragmenty Not Goin’ Down That Way są potrzebne. I dlatego dwa utwory mniej prawdopodobnie zrobiłyby z Rats in the Temple lepszą płytę.
Nie trzeba nawet wskazywać dwóch obowiązkowych ofiar i ceremonialnie wyrzucać ich z tracklisty. Problem leży wyżej: materiał został napisany na bardzo równym poziomie i zespół najwyraźniej za bardzo polubił własną skuteczność, żeby zrobić selekcję ostrzejszą niż ta, którą zrobił.
Znam gorsze problemy. Nadal jest to problem.
„Not Goin’ Down That Way”
Finał dobrze rozumie, że następny sprint nie jest już nikomu potrzebny. Not Goin’ Down That Way stawia cięższy, spokojniejszy krok, wpuszcza trochę powietrza między gitarę i wokal. Knutson śpiewa o śmierci oraz próbie spotkania jej na własnych zasadach, więc bardziej miarowa konstrukcja nie robi z tekstu melodramatu.
Mary nadal pracuje mocno, tylko przestaje cały czas popychać zespół przed siebie. Gilbert i Conley zostawiają więcej miejsca melodii. Po albumie, który przez sporą część czasu zachowuje się tak, jakby każde pół sekundy ciszy było naruszeniem regulaminu thrash metalu, końcówka brzmi rozsądnie.
Flotsam and Jetsam w 2026 roku
Nie mam zamiaru przyznawać punktów za PESEL. Czterdzieści lat kariery nie poprawia riffu, nie stroi wokalu i nie skraca słabego refrenu. Album weteranów powinien działać po wyłączeniu całej historii zespołu. Rats in the Temple działa.
Najmocniejsze utwory – Harvesting the Hate, Absolution, Rats in the Temple, The Ghost Behind My Door, The Edge of Nowhere – nie wymagają przypisu „jak na zespół z takim stażem”. Mary gra z brutalną dyscypliną i jest jednym z głównych powodów, dla których materiał ma ciąg do przodu. Gilbert z Conleyem potrafią w jednej kompozycji przejść od zwartego thrashowego riffu do szerokiej harmonii bez robienia z niej składanki cytatów. Bodily nabiera znaczenia wszędzie tam, gdzie aranżacja daje mu trochę miejsca. Knutson wciąż ma własny głos w dosłownym i muzycznym znaczeniu tego słowa.
Największa wada albumu bierze się z tego samego miejsca co jego przewaga. Zespół ma obecnie bardzo dobrze działający sposób pisania piosenek. Tak dobrze działający, że czasem przestaje kwestionować, czy powinien go użyć po raz kolejny.
Rats in the Temple nie potrzebuje rewolucji. Potrzebował sekatora.




