Prince - Timeless_risultato
Prince - Timeless_risultato

Prince – Timeless

Prince - Timeless_risultato

Jest coś bardzo współczesnego w pomyśle stojącym za „Timeless”. Bierze się dziesięć nagrań pozostawionych przez Prince’a, rozciąga je na prawie czterdzieści lat jego kariery, układa chronologicznie i dostaje gotową historię. Prince w 1977 roku. Prince w 1981. Prince w 1985. Potem kolejne dekady, aż do koncertowego nagrania z 2016. Na ekranie wszystko wygląda przejrzyście. Wystarczy przewinąć tracklistę, żeby zobaczyć drogę od dziewiętnastoletniego chłopaka do jednej z największych postaci muzyki popularnej.

Tyle że albumu słucha się inaczej niż osi czasu.

Wytwórnia opisuje „Timeless” jako przekrojową kolekcję pokazującą artystyczną ewolucję Prince’a. Materiał został starannie zmasterowany przez Chrisa Jamesa, a sam porządek nagrań ma prowadzić przez kolejne etapy kariery. Wszystko jest bardzo schludnie opakowane. I właśnie ta schludność trochę mnie uwiera, bo Prince pozostawił po sobie twórczość, która wyjątkowo źle znosi sytuację, gdy ktoś inny zaczyna układać za niego sens.

„Timeless” jest słabym albumem z całkiem niezłymi piosenkami. To zasadnicza różnica.

I Am You ma młodzieńczy funkowy ciąg, miękki falset i ten rodzaj rytmicznego instynktu, który już u dziewiętnastoletniego Prince’a brzmi jak coś więcej niż obiecująca wprawka. Tick Tick Bang z 1981 roku jest nerwowe, poszarpane, gitarowe, znacznie bardziej nieokrzesane od późniejszej wersji znanej z „Graffiti Bridge”. Takich rzeczy chce się słuchać. Jeszcze ciekawiej wypadają, gdy potraktuje się je jako osobne znaleziska, kawałki konkretnego czasu i konkretnego warsztatu.

Potem wchodzi Heaven z 1985 roku i nagle znajdujemy się gdzie indziej. I Wonder przenosi nas do 1989. With This Tear pochodzi z 1991. Stone z połowy następnej dekady. Przeskoki są wpisane w koncept, wiadomo. Po kilku utworach coraz bardziej słychać jednak sam mechanizm selekcji. Rok zmienia się na następny, brzmienie się przestawia, głos dojrzewa, produkcja przyjmuje inne proporcje. Tracklista robi za kalendarz.

Można to oczywiście nazwać panoramą kariery. Ja słyszę playlistę przygotowaną według bardzo dobrego filtra wyszukiwania.

Vault

Z Prince’em sprawa komplikuje się dodatkowo, bo jego Vault nigdy nie był zwykłym magazynem odrzutów. Z czasem obrósł legendą tak skutecznie, że niemal każde niewydane nagranie zaczęło automatycznie zyskiwać aurę skarbu. Sam Prince trochę tę legendę podsycał. W rozmowie z 2014 roku mówił, że istnieje kilka vaultów, nie jeden, i że przechowuje w nich całe niewydane projekty The Revolution, The Time czy Vanity 6. Powiedział wtedy również coś znacznie ciekawszego z perspektywy „Timeless”: wyobrażał sobie, że w przyszłości można zebrać najlepsze nagrania z jednego określonego okresu i wydać je razem.

„Timeless” wybiera metodę odwrotną.

I chyba właśnie tu zaczynam mieć największy problem z całym przedsięwzięciem. Prince doskonale wiedział, że w archiwum są dobre piosenki. Niektóre być może znakomite. Wiedział również, że nagranie piosenki nie oznacza jeszcze decyzji o jej wydaniu.

W jego przypadku to rozróżnienie nie jest czepianiem się szczegółów. W 1987 roku „The Black Album” był już praktycznie gotowy do wejścia na rynek. Materiał wytłoczono promocyjnie, premiera była blisko. Prince w ostatniej chwili kazał wszystko zatrzymać i zniszczyć. Później tłumaczył, że nie chciał, aby właśnie ten gniewny, gorzki materiał okazał się rzeczą, po której będzie oceniany. Na teledysku do Alphabet St. przemycił nawet komunikat proszący fanów, żeby „The Black Album” nie kupowali. Płyta oficjalnie pojawiła się dopiero w 1994 roku.

Trudno znaleźć lepszy przykład artysty, dla którego ukończone nagranie i ukończona decyzja artystyczna były dwiema różnymi sprawami.

Jeszcze zabawniejsza jest historia opowiadana przez Alana Leedsa, byłego menedżera Prince’a. Vault urósł w wyobraźni fanów do niemal mistycznego sejfu, tymczasem sam Prince potrafił wozić niewydane taśmy samochodem i zostawiać je pod osłoną przeciwsłoneczną, w schowku albo na tylnym siedzeniu. Leeds wspominał nawet dochodzenie dotyczące przecieków bootlegów i sugerował, że dostęp do sejfu miało po prostu zbyt wiele osób.

Lubię tę historię, bo trochę psuje muzealny obraz Vaultu. To nie była świątynia, w której każde pudełko czekało na przyszłe kanonizowanie. Był to również warsztat człowieka nagrywającego absurdalne ilości muzyki, wracającego do pomysłów, zostawiającego część z nich, przepisującego inne, oddającego piosenki kolejnym wykonawcom.

Na wydanym jeszcze za jego życia „The Vault: Old Friends 4 Sale” znalazł się zresztą krótki dopisek Prince’a informujący, że zawarty tam materiał powstał w latach 1985–1994 i był pierwotnie przeznaczony „do prywatnego użytku”. Trudno po czymś takim udawać, że wszystkie pozostawione nagrania posiadają domyślne prawo do oficjalnego miejsca w dyskografii.

Czy Prince wydałby „Timeless”?

Nie wiem. Nikt tego nie wie i nie ma sensu wkładać mu po śmierci słów do ust.

Można za to popatrzeć na jego decyzje. Na wycofanie „The Black Album”. Na ciągłe przerabianie własnych piosenek. Na całe projekty pozostawione w archiwum. Na wieloletnią wojnę o kontrolę nad katalogiem i masterami. Prince przez dużą część kariery traktował prawo do decydowania o własnej muzyce niemal równie poważnie jak samą muzykę. Publiczny konflikt z Warnerem, symbol zamiast nazwiska i napis „Slave” na twarzy nie wzięły się z potrzeby zrobienia efektownej sesji zdjęciowej. Chodziło o własność, tempo publikowania i kontrolę nad tym, co nosi jego nazwisko.

Dlatego mam opór, kiedy dzisiaj dostaję produkt, którego główną ideą jest po prostu zebranie materiału z możliwie wielu etapów jego kariery.

Nie pomaga fakt, że pojedyncze piosenki potrafią tę krytykę na chwilę uciszyć.

With This Tear jest piękną balladą i ciekawym uzupełnieniem historii utworu oddanego Céline Dion. Prince śpiewa ją bez potrzeby konkurowania z późniejszą interpretacją; jego falset, fortepian i szeroka aranżacja wystarczają. The Guilty Ones ma gitarowy brud, którego na tej płycie zaczynało już brakować. Gitara wchodzi tu ostrzej, rytm jest prosty i szybki, całość nie próbuje wyglądać na większą kompozycję, niż jest. Bestest Friend z 2012 roku opiera się na fortepianie, soulowej melodii i rozbudowanych dęciakach. Prince nadal potrafił aranżować piosenkę tak, żeby kilka prostych elementów zaczęło żyć własnym ruchem.

I wtedy wraca pytanie: po co właściwie sklejać te rzeczy w album?

Naprawdę wolałabym serię singli. Albo niewielkie wydawnictwa poświęcone konkretnym sesjom. Wczesne nagrania mogłyby dostać własny kontekst. Materiał z lat 80. również. Calabama, związane z niezrealizowanym projektem z 2003 roku, jest wręcz zaproszeniem do sprawdzenia, co jeszcze powstało wokół tej sesji. Tymczasem „Timeless” pokazuje jedną rzecz, po czym natychmiast przeskakuje o cztery lata dalej.

W przypadku Prince’a wiemy już, że inna metoda ma sens. Rozszerzone wydania „1999” i „Sign O’ The Times” otwierały Vault wokół konkretnego momentu. To dawało kontekst: można było usłyszeć, co trafiało na album, co odpadało, jak krążyły pomysły i jakie inne projekty wyrastały obok głównej płyty. Super Deluxe „Sign O’ The Times” pokazało między innymi materiał związany z porzuconymi „Dream Factory”, „Camille” i „Crystal Ball”. Tak właśnie archiwum może coś wyjaśniać, zamiast jedynie potwierdzać, że jest duże.

„Timeless” sprzedaje natomiast sam dostęp. Oto kolejnych dziesięć rzeczy z legendarnego Vaultu. Oto Prince, którego jeszcze nie mieliście w tej konkretnej konfiguracji.

W epoce streamingu to podejście jest wręcz naturalne. Nagranie nie musi już znaleźć swojego albumu, chwili ani uzasadnienia. Wystarczy, że istnieje, ma nazwisko wielkiego artysty i może otrzymać okładkę. Archiwa coraz częściej zaczynają zachowywać się jak biblioteki contentu. Jest data, rocznica, materiał w katalogu, więc coś można wyjąć i ponownie wprowadzić do obiegu.

Prince zapewne nienawidziłby słowa „content”. To akurat jestem gotowa zaryzykować.

Dziesięć piosenek później

Najbardziej przewrotne w całej sytuacji jest to, że muzycznie „Timeless” wcale nie kompromituje Prince’a. Nawet mniej istotne rzeczy mają groove, detal aranżacyjny, charakterystyczny ruch wokalu albo zwykłe poczucie muzycznego rzemiosła, którego brakuje wielu perfekcyjnie wygładzonym produkcjom współczesnego popu. Można puścić ten album obok sporej części dzisiejszego radiowego środka i nagle archiwalne odrzuty zaczynają sprawiać kłopot żyjącym.

Tylko że Prince nie powinien być oceniany według kryterium „i tak lepsze niż większość tego, co leci teraz”. To byłoby dla niego wyjątkowo niskie ustawienie poprzeczki.

How Come U Don’t Call Me Anymore? zamyka zestaw nagraniem koncertowym z Oakland z 4 marca 2016 roku. Sam utwór pochodzi oczywiście z początku lat 80., więc historia artystycznej ewolucji kończy się w dziwnym miejscu: późny Prince wykonuje starego Prince’a. I robi to pięknie. Fortepian wystarcza mu za zespół, tempo może się rozciągać, frazy mogą czekać na reakcję sali. Nie potrzebuję dopisywania temu występowi statusu pożegnania. Ostatni koncert Prince’a odbył się później, w Atlancie, 14 kwietnia.

Po tym nagraniu nie mam większej ochoty ponownie włączać „Timeless” od początku. Mam ochotę włączyć With This Tear. Potem The Guilty Ones. Innym razem I Am You. Każde osobno.

I może właśnie tak należało je wydać.

Prince - Timeless_risultato
Prince – Timeless
1. I Am You – 4:43 • 2. Tick Tick Bang – 3:12 • 3. Heaven – 4:28 • 4. I Wonder – 4:10 • 5. With This Tear – 3:52 • 6. Stone – 3:07 • 7. Calabama – 3:30 • 8. The Guilty Ones – 4:14 • 9. Bestest Friend – 4:37 • 10. How Come U Don't Call Me Anymore? (Live) – 5:53Skład zespołu: Prince – wokal i instrumenty; ze względu na archiwalny charakter materiału album nie posiada jednego stałego składuMuzycy gościnni: Susannah Melvoin, Michael B., Sonny T., Kirk Johnson, John Blackwell, Greg Boyer, Adrian Crutchfield, Lynn Grissett, Cora Coleman-Dunham, Josh Dunham, Marva King, Shelby J., Michael B. Nelson, Kathy Jensen, Dave Jensen, Kenni Holmen, Steve StrandMiks: Chris JamesMastering: Chris JamesWytwórnia: NPG Records, Inc. / Legacy RecordingsData premiery: 28 sierpnia 2026Rok: 2026Typ wydawnictwa: pośmiertna kompilacja archiwalnaMiejsce w dyskografii: wydawnictwo pośmiertne obejmujące nagrania z lat 1977–2016Czas trwania: 41:46Liczba utworów: 10Formaty: streaming, download cyfrowy, CD, czarny winyl, limitowany Purple Marble VinylNumery katalogowe: Y4CDLY33 – CD • Y4LPLY474 – LP • Y4LPLY490 – Purple Marble LPAutorzy i produkcja: Prince – autor i producent większości materiału; Stone – Sandra St. Victor, Tom Hammer i Jules Van Veenen; produkcja kompilacji – L. Londell McMillan, Charles F. Spicer Jr. i Chris JamesNagrania / realizacja: materiał nagrany w latach 1977–2016 podczas wielu niezależnych sesjiStudia nagraniowe: m.in. Sound 80, Kiowa Trail Home Studio, Sunset Sound, Paisley Park Studios, Mad Hatter Studios; finałowe nagranie koncertowe – Oracle Arena, OaklandInżynieria dźwięku: w poszczególnych sesjach m.in. David Rivkin, Ross Pallone, Peggy McCreary, Susan Rogers, Femi Jiya, Steve Noonan, Ray Hahnfeldt, Joe Lepinski, Ian Boxill i Chris JamesDodatkowe credits: Chris James – miks i mastering kompilacjiInformacje copyright / ℗ / ©: ℗ 2026 NPG Records, Inc. under exclusive license to Legacy Recordings
KONCEPT
1
SPÓJNOŚĆ
1.8
BRZMIENIE / PRODUKCJA
7.6
WYKONANIE
8.4
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7.3
MELODIE / MOTYWY
7
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
6.6
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
5.1
EMOCJONALNOŚĆ
6.4
SIŁA PRZEKAZU
6.6
INNOWACYJNOŚĆ
4.2
EFEKT POWROTU
4.7
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
5.6
OCENA
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.