
Najbardziej pouczające na „W.O.W.A.” są być może trzy utwory, które razem trwają niespełna sześć minut: Mathias Is Gone, #quietluxury i Master Bluff. Przy płycie powstającej przez kilkanaście lat, wyciągniętej z archiwum liczącego dziesiątki pomysłów, odruch podpowiadałby raczej ekspansję: skoro tyle czekaliśmy, proszę bardzo, oto katedra, trzy absydy, organy piszczałkowe i dodatkowe skrzydło dla ludzi, którzy kupili winyl. Ghinzu robią coś rozsądniejszego. Te krótkie formy zachowują się jak śluzy między większymi kompozycjami. Album oddycha dzięki temu nie dlatego, że jest oszczędny — zdecydowanie nie jest — lecz dlatego, że ktoś nauczył jego nadmiar przepuszczać przez drzwi pojedynczo.
To ważne, bo siedemnaście lat przerwy stworzyło wokół Ghinzu sytuację niemal nieprzyzwoitą. Powrót zespołu o takim stażu łatwo zamienić w spektakl rekonstrukcyjny: stare lampy, dawne gesty, odpowiednio zakonserwowana młodość i publiczność wdzięczna już za sam fakt, że wszyscy dotarli na scenę. „W.O.W.A.” od początku odmawia tej umowy. Nie próbuje odtworzyć „Blow”, chociaż pamięta jego teatralność, gwałtowne zmiany dynamiki i przyjemność z przesady. Nie próbuje też wmówić słuchaczowi, że rok 2004 nigdy się nie skończył. Brzmi raczej jak zespół, który przez siedemnaście lat zebrał kilka różnych wersji samego siebie i teraz sprawdza, które z nich nadal mają prawo głosu.
Surowość zaprojektowana z linijką
Już otwierające album, ponad siedmiominutowe When Other Worlds Await ujawnia zasadniczą sprzeczność tej muzyki. Ghinzu chcą brzmieć niebezpiecznie, ale nie chaotycznie; monumentalnie, lecz bez stadionowej hydrauliki emocjonalnej. Gitary otwierają przestrzeń dość szeroko, później pojawia się niemal odczłowieczony chóralny motyw, dół zaczyna organizować napięcie bardziej niż sam riff, a John Stargasm przez znaczną część utworu zachowuje się jak konferansjer prowadzący przedstawienie, w którym dekoracje nieustannie przesuwają mu się za plecami. Kompozycja nie tyle rozwija jeden temat, ile zmienia jego otoczenie. Po kilku minutach jesteśmy już gdzie indziej, choć trudno wskazać moment przekroczenia granicy.
I właśnie tu porównania do Muse stają się jednocześnie pomocne i podejrzane. Owszem, jest falset, jest skłonność do pompowania dynamiki, są momenty, w których instrumenty najwyraźniej nie dostały informacji o obowiązującym limicie kubatury. Ghinzu nie budują jednak napięcia wyłącznie po to, by po refrenie odpalić fajerwerki. Częściej destabilizują własną konstrukcję. Gdy wydaje się, że utwór ustalił już reguły, pojawia się dodatkowy głos, zmiana faktury, fragment elektroniki albo rytmiczny skręt, przez który poprzednie dwie minuty trzeba mentalnie przeczytać jeszcze raz.
Snow White robi to w znacznie mniejszej skali. Bas i perkusja prowadzą numer z niemal taneczną pewnością, wokal przeskakuje w górne rejestry, a aranżacja ma coś z białego soulu przepuszczonego przez maszynę skonstruowaną przez ludzi wychowanych na post-punku. Melodia zachowuje dostępność popowego singla, ale otoczenie nie pozwala jej wygodnie usiąść. Utwór, którego tekst wiąże obrazy zatrucia, uzależnienia i cyfrowego przymusu, byłby banalny, gdyby aranżacja ilustrowała te motywy jak prezentacja multimedialna. Tymczasem muzyka pozostaje niemal bezczelnie żywa. Toksyczność nie przychodzi w czarnym płaszczu. Tańczy.
Out of Control idzie jeszcze inną drogą. Rytmicznie jest prostsze, bardziej bezpośrednie i najbliższe klasycznej rockowej ekonomii singla: szybki puls, mocno wysunięta sekcja rytmiczna, gitara pracująca przede wszystkim jako napęd. Tytuł obiecuje utratę kontroli, podczas gdy sam utwór jest jednym z najlepiej kontrolowanych na płycie. Taki drobiazg dobrze opisuje cały album. Ghinzu uwielbiają przedstawiać się jako grupa, której muzyka może w każdej chwili spaść ze schodów. Słychać jednak, że ktoś wcześniej bardzo dokładnie policzył stopnie.
Bas, który nie chce być meblem
Największym sprzymierzeńcem zespołu okazuje się sposób potraktowania sekcji rytmicznej. Na „W.O.W.A.” bas nie pełni funkcji grzecznego fundamentu, na którym można bezpiecznie postawić gitarowe dekoracje. Często to właśnie on definiuje rozmiar pomieszczenia. Dzięki temu syntezatory i przestery nie zlewają się w jednolitą masę, choć materiał regularnie ociera się o aranżacyjny przepych. Antoine Michel gra natomiast tak, jakby jego zadaniem było nie tyle utrzymywanie tempa, ile pilnowanie temperatury kompozycji. Kiedy numer zaczyna zbyt wygodnie płynąć, perkusja potrafi dodać mu nerwu samą intensywnością artykulacji.
W tym miejscu szczególnego znaczenia nabiera udział Dave’a Sardy’ego przy miksie większości materiału. „W.O.W.A.” należy do tych płyt, na których dużo dzieje się równocześnie, a mimo tego najważniejsze elementy zachowują własne kontury. To nie jest ascetyczne brzmienie. To dobrze administrowany bałagan — bardziej port w Rotterdamie niż zenistyczny ogród. Kontenery stoją jeden na drugim, dźwigi obracają się nad głową, ktoś właśnie trąbi, ale z jakiegoś powodu wszystko trafia na właściwy statek.
Forever korzysta z tej swobody szczególnie efektownie. Organowe otwarcie, wysoki wokal, kolejne wejścia sekcji i syntetycznych barw prowadzą utwór ku formie, której nie da się rozsądnie sprowadzić do „rockowej piosenki z elektroniką”. Pod koniec pojawia się niemal groteskowe zainteresowanie klasycyzującą ornamentyką, jak gdyby zespół na chwilę otworzył boczne drzwi i odkrył za nimi salon z klawesynem. Teoretycznie powinno się to rozpaść. Nie rozpada się, ponieważ dziwność została wpisana w dramaturgię od początku.
Znacznie bardziej ziemskie Morning Lights przypomina natomiast, że Ghinzu potrafią napisać zwyczajny, bardzo dobry rockowy numer bez konieczności udowadniania doktoratu z artystycznej niestabilności. I dobrze. Album potrzebuje takich momentów, bo gdy każda kompozycja usiłuje zostać osobnym państwem-miastem, w pewnym momencie słuchacz zaczyna tęsknić za drogą wojewódzką.
Kiedy różnorodność zaczyna wystawiać rachunek
Najciekawszym kontrargumentem wobec łatwego zachwytu jest Apologies. Trąbka i puzon, bardziej soulowe frazowanie, poluzowana rockowa ortodoksja — na papierze wygląda to jak obowiązkowy punkt programu pod tytułem „patrzcie, jacy jesteśmy eklektyczni”. W praktyce numer działa, ponieważ nie traktuje stylistycznej zmiany jak kostiumu. Zespół naprawdę zmienia sposób organizowania przestrzeni. Rytm przestaje przepychać utwór do przodu, instrumenty pozostawiają sobie więcej miejsca, a wokal musi funkcjonować w innym otoczeniu niż podczas gitarowych spięć wcześniejszych utworów.
Fool wykonuje podobny manewr dramaturgiczny: spokojniejsze, fortepianowe otwarcie stopniowo traci początkową stabilność, aż kompozycja zaczyna pęcznieć. Ghinzu doskonale wiedzą, jak budować crescendo, choć czasem wiedzą o tym odrobinę zbyt dobrze. Gdy zespół po raz kolejny rozpoczyna przejście od intymności do katastrofy, można odnieść wrażenie, że oglądamy iluzjonistę wykonującego numer, którego sekret już poznaliśmy. Nadal imponuje techniką. Zaskoczenie jest mniejsze.
Tu ujawnia się podstawowa wada „W.O.W.A.”. Kilkanaście lat pracy pozostawiło po sobie nie tyle nadmiar utworów, ile nadmiar rozwiązań. Ghinzu potrafią niemal wszystko: zbudować refren, uruchomić syntezatorowy niepokój, wyhamować przy fortepianie, dopuścić dęciaki, przyspieszyć, rozszerzyć formę, wprowadzić falset, po czym jeszcze dla pewności przesunąć ścianę. Płyta bywa przez to bardziej fascynującym katalogiem sprawności niż bezwzględnie konieczną pięćdziesięciominutową wypowiedzią. It’s the Law i Death Race nadal mają znakomity napęd, lecz w drugiej połowie albumu część trików przestaje być odkryciem i staje się językiem, którego gramatykę zdążyliśmy już poznać.
Nie oznacza to jednak, że końcówka traci sens. Breathless Words, z fortepianem i obecnością trąbki, zamiast doprowadzać cały ten wieloletni proces do obowiązkowej eksplozji, pozwala mu wygasnąć. Po pięćdziesięciu minutach świadomie produkowanej niestabilności jest w tym coś przewrotnie dojrzałego. Młodsza wersja Ghinzu prawdopodobnie wysadziłaby jeszcze dach. Obecna wie, że po katastrofie ktoś musiałby przecież zadzwonić po administrację.
Dlatego „W.O.W.A.” działa jako powrót znacznie lepiej niż jako deklarowana wyprawa do „innych światów”. Rewolucyjnego języka tutaj nie ma. Są za to ludzie, którzy po siedemnastu latach potrafią wrócić do własnego archiwum bez traktowania go jak relikwii. Wyciągają z niego glamową przesadę, postpunkowy puls, elektronikę, fortepian, soulowe odchylenia i dawną skłonność do teatralnego gestu, po czym sprawdzają, co jeszcze przewodzi prąd.
I wracamy do tych sześciu minut krótkich form rozsianych po albumie. Właśnie one zdradzają, że Ghinzu nauczyli się czegoś ważniejszego niż wymyślanie kolejnych pomysłów: selekcji, pauzy, wyjścia z pokoju przed rozpoczęciem następnej sceny. Po siedemnastu latach największym osiągnięciem „W.O.W.A.” nie jest więc fakt, że zespół nadal ma bardzo dużo do powiedzenia. Bardziej imponujące, że czasami potrafi zamknąć usta.



