
W Switch Up werbel zachowuje się tak, jakby ktoś co chwilę próbował go wyrzucić z utworu, a on uparcie wracał innym wejściem. Break przyspiesza, dół bulgocze, gdzieś z boku odzywają się elektroniczne piski, Mike D powtarza krótkie frazy, trochę rapuje, trochę szczeka do mikrofonu. Po chwili całość zaczyna przypominać próbę zespołu, podczas której nikt nie powiedział „stop”, bo wszystkim akurat podobało się, że robi się coraz głośniej. I to jest bardzo dobry początek.
Nie z powodu piętnastu lat ciszy. Nie trzeba też dorabiać do tego historii o wielkim powrocie. Mike D po prostu od pierwszych minut pokazuje, jak działa Thank You. Te utwory rzadko siedzą spokojnie. Coś się w nich przesuwa, chrobocze, wpada z boku, psuje porządek albo rozpycha miks. Czasami właśnie dzięki temu żyją. Czasami zaczynają przypominać szufladę, do której przez lata wrzucało się wszystkie fajne kable, przejściówki i stare efekty, aż w końcu nie sposób znaleźć tego jednego, którego akurat potrzebujemy.
Werbel po piętnastu latach
What We Got jest pierwszym momentem, kiedy wszystko siada naprawdę dobrze. Ciężki, przesterowany riff trzyma środek, perkusja wali prościej niż w otwarciu, Mike D wchodzi swoim półkrzykiem i przez parę minut nie trzeba zastanawiać się nad „dziedzictwem”, wiekiem ani tym, czy dawny członek Beastie Boys powinien jeszcze komukolwiek cokolwiek udowadniać. Po prostu działa.
Wokal jest pogłosowy, bas tłusty, gitara nie sili się na finezję. Pod koniec numer zamiast się normalnie skończyć, rozpuszcza się jeszcze w bardziej przestrzennym, psychodelicznym fragmencie. I tutaj można sobie na to pozwolić, bo wcześniej utwór zdążył już zrobić całą robotę: był riff, był beat, była zwrotka. Psychodeliczny ogon nie musi ratować piosenki.
Z True Colors sprawa jest mniej oczywista. Mike D częściej śpiewa, a właściwie porusza się po wąskiej przestrzeni między śpiewem, mówieniem i charakterystycznym przeciąganiem sylab. Nie jest wielkim wokalistą. Nie będzie. Płyta na szczęście nie organizuje konferencji prasowej z tej okazji.
Za nim pracuje skaczący rytm, w tle ciągną się syntezatorowe plamy, pojawia się gitara, która na chwilę wyrywa utwór z lekko zamglonego transu. To numer, który może przelecieć bokiem, ale ma kilka drobnych rzeczy, do których chce się wrócić: tę gitarę, podskakujący puls, sposób, w jaki Diamond tym razem nie próbuje przekrzyczeć aranżacji. A potem przychodzi That’s Right i ktoś zdecydowanie przesuwa kilka suwaków za daleko.
Czerwone pole
Nie przeszkadza mi, że That’s Right brzmi źle. Źle w sensie technicznie brudnym: wokal jest wciśnięty w przester, bębny poszarpane, wysokie częstotliwości drażnią, poszczególne elementy włażą sobie na głowę. Tak miało być. Problem zaczyna się trochę później, kiedy poza owym „źle” coraz trudniej znaleźć jeszcze coś, czego można się złapać. Switch Up też jest chaotyczne, lecz tam bałagan ma ruch. What We Got jest brudne, ale posiada riff. Tutaj samo spiętrzenie faktur chwilami próbuje zastąpić rozwój numeru. I można oczywiście powiedzieć: taki zamysł. Pewnie. Zamysł również można przewinąć.
Na szczęście zaraz potem Secrets Pt. I robi niemal odwrotną rzecz. Zostawia ciemny puls, kilka elektronicznych elementów, głos i sporo wolnego miejsca. Trwa raptem minutę z kawałkiem. Mike D bardziej mówi niż rapuje i bardzo dobrze czuje, ile jeszcze może wycisnąć z powtarzanej frazy. Secrets Pt. II próbuje tę miniaturę rozbudować. Dostajemy więcej rytmu, bardziej taneczne tło, psychodeliczne naloty. Im dłużej trwa, tym bardziej zaczyna mi jednak brakować bezczelności pierwszej części, która wchodziła, robiła swoje i znikała. Nie wszystko trzeba rozwijać.
Gitara akustyczna, serio?
I nagle I Don’t Care. Po wcześniejszych przesterach gitara akustyczna działa jak otwarcie okna. Głos nadal nie jest szczególnie piękny, momentami wręcz niepewny, ale tutaj odpowiada mi bardziej niż w utworach, w których Mike D chowa się pod kilkoma piętrami elektronicznych efektów. Rytm odpuszcza. Melodia dostaje miejsce. Nie trzeba co cztery sekundy wrzucać kolejnego dźwiękowego przedmiotu do pokoju.
To także moment, w którym Thank You zaczyna lekko kłócić się samo ze sobą. Do tej pory można było uznać, że największą siłą albumu jest jego perkusyjna nerwowość: breaki, ciężkie bity, szuranie, przester, wszystko w ruchu. I Don’t Care pokazuje, że Diamondowi wcale nie jest potrzebny taki arsenał przez cały czas. Kiedy zostaje prawie nagi, nadal ma coś do zaoferowania.
Może nawet więcej, bo znika możliwość schowania się za produkcją. Album wyrósł z luźnych, eksperymentalnych sesji w domowym studiu Mike’a D, początkowo z jego synami Skylerem i Davisem Diamondami. Z czasem wokół materiału zbudował się skład 5D. Ważniejszy od rodzinnego przypisu jest efekt tej metody. Partie bywają zostawione w stanie lekko niedomkniętym, nie wszystko zostało wypolerowane, instrumenty czasami trochę sobie przeszkadzają. Bywa to zaletą. Bywa też That’s Right.
Bas i cały ten złom
Make It Stop nie potrzebuje wielu wyjaśnień. Najpierw sprzężenie, potem wielki beat i Mike D, który znowu zaczyna rapować tak, że przypominamy sobie, po co w jego głosie przez tyle lat było tyle nosa, gardła i lekkiego wkurzenia. Elektronika siedzi pod spodem, pojawiają się krótkie dodatkowe impulsy, ale nie odciągają uwagi od rytmu. Wszystko ma hierarchię. Beat prowadzi. Wokal odpowiada. Reszta może robić bałagan na drugim planie. Prosty układ, a jeden z najlepszych numerów na płycie.
Crypto ma podobną fizyczność, lecz jest bardziej paskudne. W dobrym sensie, przynajmniej początkowo. Statyczne trzaski, niski pomruk, przesterowany głos, marszowy nacisk rytmu. Diamond uderza w chciwość, spekulację i świat, który potrafi zamienić właściwie każdą rzecz w okazję do szybkiego zarobku. Brzmienie pasuje do tematu. Jest agresywne, lekko klaustrofobiczne, nieprzyjemne. Po zakończeniu pamiętam jednak przede wszystkim to, że było nieprzyjemne. Produkcja wygrywa tu z samym utworem i trudno zdecydować, czy należy jej z tego powodu pogratulować.
Here We Are działa zupełnie inaczej. Tempo pozostaje wysokie, elektronika nadal pracuje, żywe instrumenty nie znikają, ale nagle nikt nikogo nie próbuje zepchnąć ze schodów. Mike D śpiewa oszczędniej. Refren ma konkretny kształt. Da się go zapamiętać bez zapamiętywania ustawień kompresora. To jeden z tych momentów, w których mniej kombinowania daje na „Thank You” więcej muzyki.
Back To Start idzie jeszcze dalej w stronę krzywego indie-popu. Gitara akustyczna, lżejszy groove, trochę melancholii. Zamiast klasycznej raperskiej zwrotki dostajemy Diamondowskie półśpiewanie. Jest w tym coś domowego, trochę przypadkowego, jak w nagraniu, które miało zostać szkicem, ale nikt nie chciał go później poprawiać, bo po poprawkach mogłoby zniknąć to, co było w nim najprzyjemniejsze. Tu akurat dobrze, że zostało.
It’s Time znowu zaczyna się wiercić. Bębny przeskakują między bardziej naturalnym graniem i programowanymi fragmentami, syntezatory wciskają krótkie frazy, Diamond układa głos rytmicznie, jakby co chwilę chciał wejść pół kroku przed beat. Utwór praktycznie nie umie usiedzieć w jednym miejscu. Tym razem nerwowość siedzi w konstrukcji numeru, a nie nałożono jej po wszystkim jak warstwę efektów.
Kilka akordów wystarcza
Na końcu zostaje gitara. W Thank You znika większość ciężaru poprzednich numerów. Jest trochę koślawa miękkość akordów, bas wchodzący później, głos, który chwilami lekko ucieka. Po albumie lubiącym przez większość czasu brzmieć tak, jakby ktoś przeciążył listwę zasilającą, finał okazuje się podejrzanie prosty. I całe szczęście.
Mike D wraca do początków Beastie Boys, do bycia dzieciakami, wspólnego kombinowania, uczenia się i marnowania czasu. Adam Yauch siłą rzeczy jest obecny w takim wspomnieniu, ale piosenka nie zmienia go w pomnik. Nie pojawia się wielka orkiestra żałobna. Nie ma produkcyjnej czcionki 72 punktów z napisem: TERAZ NALEŻY SIĘ WZRUSZYĆ. Kilka akordów wystarcza.
Właśnie dlatego utwór tytułowy jest mocniejszy od wielu głośniejszych momentów albumu. Historia nie wykonuje za muzykę całej pracy. Słychać wdzięczność w sposobie śpiewania, w powtórzeniach, w tym, jak niewiele rzeczy znajduje się w aranżacji.
Thank You jako album jest o wiele mniej stateczny. I dobrze, bo ostatnią rzeczą, której Mike D potrzebował, był schludny solowy debiut nestora hip-hopu, najlepiej z trzema producentami od „współczesnego brzmienia”, gościnną zwrotką aktualnie modnego rapera i obowiązkowym numerem o dawnych czasach. Dostałby za niego pewnie przyzwoite recenzje. Może nawet lepsze. Tu mamy materiał miejscami przedobrzony, czasem męczący, kilkukrotnie niedopisany. That’s Right bardziej mnie interesuje, niż mi się podoba. Secrets Pt. II można było szybciej skończyć. Crypto zostawia więcej szumu niż melodii. Ale kiedy Mike D trafia na właściwy rytm – w What We Got, Make It Stop czy Here We Are – cały ten złom zaczyna pracować na numer. A gdy w finale wyrzuca większość zabawek ze studia, okazuje się, że potrafi utrzymać uwagę również bez nich. Mike D nadal chce kombinować. Nie zawsze wie, kiedy skończyć, ale znacznie gorszą wiadomością byłoby, gdyby po piętnastu latach wiedział już wszystko.



