Roger Waters, czyli jak przez pół wieku walczyć z murem, żeby w końcu samemu nim zostać
Roger Waters właśnie odkrył, że James Hetfield jest idiotą, nie potrafi grać i właściwie nie zasługuje na uwagę. Odkrycie tak go poruszyło, że postanowił podzielić się nim publicznie, po czym wygłosił krótką lekcję o znaczeniu empatii i życzliwości. Gdyby podobną scenę umieścił kiedyś na „The Wall”, uznalibyśmy ją za inteligentną satyrę na moralną obłudę. Niestety, tym razem autor najwyraźniej nie zauważył, że sam obsadził się w roli głównej.
Roger Waters znów zachował się jak gbur. Nie pierwszy raz, zapewne nie ostatni, ale coraz trudniej traktować jego kolejne wybuchy jako przejaw artystycznej bezkompromisowości. W październiku 2026 roku były lider Pink Floyd zaatakował wokalistę Metalliki za deklarację, że koncerty powinny pozostawać przestrzenią wolną od politycznej agitacji. Można z tym poglądem dyskutować. Ba, można go skutecznie podważyć, korzystając z samej twórczości Metalliki. Waters wybrał jednak metodę znacznie prostszą: obrazić człowieka, zakwestionować jego inteligencję i uznać sprawę za załatwioną.
Przyznaję, że trudno mi patrzeć na to bez pewnej irytacji. Waters współtworzył muzykę, która nauczyła całe pokolenia rozpoznawać mechanizmy manipulacji, przemocy i społecznego wykluczenia. Dzisiaj chwilami przypomina człowieka, który przeczytał własne teksty, zachwycił się ich moralnym przesłaniem, ale uznał, że stosowanie go wobec innych byłoby już przesadą.
Iloraz inteligencji trzy. Argumentów niewiele więcej
10 października, podczas koncertu Metalliki w Sphere w Las Vegas, James Hetfield podziękował publiczności za podróż, wydane pieniądze i poświęcony czas. Następnie stwierdził, że Metallica, w przeciwieństwie do niektórych innych wykonawców, nie zamierza wpływać na słuchaczy za pomocą własnych politycznych przekonań. Zamiast tego proponuje miłość, energię i ciężką muzykę. Brzmiało to trochę jak hasło wymyślone przez dział marketingu, który odkrył, że przy odpowiednio drogich biletach nawet bunt powinien być komfortowy.
Waters, występując w programie Katie Halper, nazwał Hetfielda dupkiem, człowiekiem o IQ wynoszącym około trzech i nikim. Dorzucił, że lider Metalliki nie jest prawdziwym muzykiem, ponieważ słyszał kiedyś zespół grający na instrumentach akustycznych i uznał ten występ za fatalny. Całość zakończył przypomnieniem, że dobroć oraz empatia są ważniejsze od głośnego grania. Przebieg tej osobliwej lekcji wychowania opisał Rolling Stone Italia.
Muszę przyznać, że zarzut braku muzycznych kompetencji u Hetfielda szczególnie mnie rozbawił. Można krytykować jego śpiew, ograniczenia harmoniczne Metalliki, nierówną dyskografię czy stopniową komercjalizację zespołu. Sam przed laty pisałem o Metallice jako marce na sterydach. Jednak gitarzysta, który współtworzył język rytmiczny thrash metalu, przez dekady łącząc agresywny downpicking, precyzyjne tłumienie strun i skomplikowane układy akcentów, zasługuje na coś więcej niż ocenę na podstawie nieokreślonego występu akustycznego. Zwłaszcza jeśli oskarżyciel nie potrafi wskazać żadnego konkretnego błędu.
Waters powinien przecież doskonale wiedzieć, że wirtuozeria instrumentalna i kompozytorska inteligencja nie są tym samym. Sam Pink Floyd nigdy nie budował swojej wielkości na szybkości grania. Jego potęga wynikała z dramaturgii, przestrzeni, barwy i umiejętności rozwijania prostych motywów w długie, znaczące struktury. Według kryteriów, którymi Waters właśnie okłada Hetfielda, należałoby urządzić osobny egzamin kwalifikacyjny połowie historii rocka.
Apolityczna Metallica? Proszę włączyć „One”
Najzabawniejsze, że Hetfield również nie jest w tym sporze wolny od sprzeczności. Metallica może unikać deklaracji partyjnych, ale od dawna komentuje przemoc, wojnę i instytucjonalną hipokryzję. W Disposable Heroes z „Master of Puppets” (1986) żołnierz zostaje sprowadzony do roli wymiennego elementu wojskowej maszyny. Mechaniczna powtarzalność riffów i niemal rozkazująca artykulacja wokalu znakomicie oddają logikę bezwzględnego podporządkowania.
One z „…And Justice for All” (1988) idzie jeszcze dalej. Rozpoczyna się od delikatnych, czystych gitar i odgłosów pola bitwy. Później muzyka stopniowo gęstnieje, aż finałowy fragment, oparty na gwałtownych figurach gitarowych i pracy podwójnej stopy perkusji, przypomina serię z karabinu maszynowego. Historia żołnierza uwięzionego we własnym okaleczonym ciele, inspirowana powieścią Daltona Trumbo „Johnny Got His Gun”, jest jednym z najbardziej przejmujących antywojennych obrazów w heavy metalu.
I teraz najlepsze: według oficjalnej setlisty Metalliki, One zabrzmiał dokładnie podczas tego koncertu w Las Vegas, na którym Hetfield deklarował niechęć do scenicznego przekonywania publiczności. Znalazły się tam również Leper Messiah, wymierzone w religijnych manipulatorów, oraz The Unforgiven, opowiadające o społecznej presji i podporządkowaniu jednostki.
Czy Hetfield przeczy sam sobie? Trochę tak, choć niekoniecznie w sposób dyskwalifikujący jego stanowisko. Istnieje zasadnicza różnica między sztuką, która prowokuje odbiorcę do samodzielnych wniosków, a przemówieniem, które gotowe wnioski mu dostarcza. Muzyka potrafi być polityczna bez wydawania politycznych instrukcji. Waters mógł wykorzystać tę sprzeczność do interesującej polemiki. Wolał sprawdzić, jak nisko można oszacować cudzy iloraz inteligencji.
Hetfield ma jednak coś na sumieniu. I to całkiem poważnego
Byłoby nieuczciwo przemilczeć najważniejszy kontekst całej awantury. W rozmowie z Katie Halper przywołano również wcześniejsze wypowiedzi Hetfielda dotyczące wykorzystywania muzyki Metalliki podczas przesłuchań więźniów przez amerykańskie wojsko.
W wywiadzie dla programu „Fresh Air” z 9 listopada 2004 roku Terry Gross zapytała muzyka o odtwarzanie jego nagrań więźniom w Iraku w celu pozbawiania ich snu i łamania psychicznego oporu. Hetfield odpowiedział żartami o tym, że Metallica od lat torturuje swoją muzyką rodziców i bliskich, więc dlaczego Irakijczycy mieliby być wyjątkiem. Sugerował również, że kontakt z taką muzyką stanowi dla nich doświadczenie wolności.
To wypowiedź wyjątkowo niefortunna. Kontekst rozmowy pokazuje, że Hetfield próbował obracać sytuację w żart i podkreślał brak kontroli zespołu nad wykorzystaniem jego nagrań. Nie zmienia to faktu, że psychiczne znęcanie się nad więźniami potraktował z zatrważającą lekkością. Muzyka odtwarzana człowiekowi przez wiele godzin wbrew jego woli, w warunkach izolacji i przemocy, przestaje być rozrywką. Staje się narzędziem przymusu, niezależnie od tego, czy pochodzi z repertuaru Metalliki, czy dziecięcego programu telewizyjnego.
I właśnie tutaj Waters miał naprawdę mocny argument. Mógł skonfrontować deklarowaną apolityczność Hetfielda z jego dawnym stosunkiem do wykorzystywania muzyki podczas przesłuchań. Mógł zapytać o odpowiedzialność twórcy za społeczne zastosowania własnej sztuki. Zamiast tego obsypał go obelgami, skutecznie przesuwając uwagę z poważnego problemu na własne maniery.
Przy okazji ujawnił słabość charakterystyczną dla wielu artystów przekonanych o moralnej wyższości: posiadanie słusznego argumentu traktują jak zezwolenie na dowolny sposób jego przedstawienia.
Waters zna mechanizm pogardy. Sam go przecież opisał
Nie daje mi spokoju „Animals” z 1977 roku. Szczególnie Dogs, gdzie Waters portretuje człowieka uczącego się bezwzględności jako metody przetrwania. Długie gitarowe frazy Gilmoura, zmienne napięcie i chłodna, narastająca atmosfera doskonale współpracują z tekstem o drapieżnym społeczeństwie. W Pigs (Three Different Ones) ironia staje się już jawnie agresywna. Waters obnaża ludzi przekonanych o własnej moralnej doskonałości, choć ich postępowanie zdradza coś zupełnie przeciwnego.
Jest jednak w tym albumie piękny kontrapunkt. Dwie krótkie części Pigs on the Wing, umieszczone na początku i końcu płyty, proponują ucieczkę od społecznego okrucieństwa poprzez zwyczajną ludzką bliskość. Pośród psów, świń i owiec pozostaje możliwość wzajemnej troski. Waters rozumiał wtedy, że krytyka brutalnego świata bez wskazania alternatywy prowadzi donikąd.
Jeszcze bardziej osobisty przykład przyniósł rok 1977. Podczas koncertu w Montrealu Waters splunął na jednego z fanów. Później przyznał, że incydent uświadomił mu skalę własnego wyobcowania. To doświadczenie współtworzyło koncepcję „The Wall”. W rozmowie z „The Guardian” z 2017 roku sam wyjaśniał związek między swoim zachowaniem a pomysłem zbudowania na scenie fizycznej ściany oddzielającej muzyków od publiczności.
To niezwykły przypadek artystycznej samoświadomości. Człowiek zauważa w sobie coś odpychającego, a następnie tworzy dzieło, które pomaga innym zrozumieć mechanizm izolacji. Zresztą w biografii Pink Floyd, omówionej na naszych łamach w tekście „Prędzej świnie zaczną latać”, konflikty personalne i twórcze napięcia stanowią istotną część historii zespołu.
Paradoks polega na tym, że Waters potrafił zamienić własną słabość w wielką sztukę, ale najwyraźniej nie potrafił się jej całkowicie pozbyć. Muzycznie rozumie alienację znakomicie. W codziennych kontaktach z ludźmi nadal zdarza mu się ją produkować.
Gbur z moralną licencją
Nie trzeba zresztą daleko szukać potwierdzenia. We wrześniu 2025 roku Waters wywołał podobną awanturę lekceważącymi uwagami o niedawno zmarłym Ozzym Osbournie. Przyznawał, że muzyka Black Sabbath nigdy go nie interesowała, kpił z telewizyjnych występów Osbourne’a i jego ekscesów. Jack Osbourne odpowiedział mu równie nieprzyjemnie, co opisał „The Independent”.
Waters nie ma obowiązku lubić Black Sabbath. Ale zupełnie serio chciałbym usłyszeć, jak wyjaśnia, dlaczego War Pigs, Children of the Grave czy Hand of Doom nie zasługują na jego uwagę. Przecież te kompozycje poruszają tematy wojny, politycznej hipokryzji i ludzkiej degradacji, tak bliskie jego własnej twórczości. Zamiast muzycznej polemiki otrzymaliśmy kolejną porcję lekceważenia. Szkoda, bo zderzenie dwóch estetyk antywojennego rocka mogłoby być znacznie bardziej inspirujące od wymiany wyzwisk.
W tym miejscu przypomina mi się Max Weber i jego rozróżnienie między etyką przekonań a etyką odpowiedzialności. Pierwsza pozwala człowiekowi pozostać wiernym zasadom, druga każe zastanowić się nad konsekwencjami własnego postępowania. Weber nie proponował rezygnacji z przekonań, lecz odpowiedzialność za sposób ich realizowania.
Waters, jak się wydaje, doskonale opanował pierwszą część tej lekcji. W kwestiach politycznych zajmuje stanowiska z ogromnym zaangażowaniem i nie obawia się konsekwencji. Jest w tej postawie coś godnego szacunku. Gorzej, kiedy bezkompromisowość zamienia się w przekonanie, że moralna słuszność własnej sprawy zwalnia z obowiązku szanowania rozmówcy.
Można bronić słusznej sprawy i jednocześnie zachowywać się podle. Jedno nie unieważnia drugiego. Co więcej, obelgi rzucane w imię empatii stają się szczególnie nieznośne, ponieważ zamieniają wartości w instrument osobistej dominacji. Człowiek przestaje przekonywać, zaczyna wymagać podporządkowania.
Jeszcze jedna cegła, Roger?
Najbardziej irytuje mnie jednak to, że Waters naprawdę nie potrzebuje podobnych awantur. Dorobek Pink Floyd zapewnia mu miejsce w historii muzyki, którego nie odbierze żadna kłótnia z Hetfieldem, Gilmourem czy rodziną Osbourne’ów. Jego teksty potrafiły nadać indywidualnym lękom wymiar społeczny, a komponowane z pozostałymi muzykami Pink Floyd utwory zmuszały do myślenia bez rozdawania gotowych odpowiedzi. Us and Them pozostaje przejmującym komentarzem do absurdalności konfliktów właśnie dlatego, że pozwala usłyszeć człowieka po obu stronach podziału.
Dlatego od Watersa oczekuję więcej niż od przeciętnego celebryty, który odkrył kontrowersję jako sposób na przedłużenie medialnej obecności. Ten człowiek wie, jak działa pogarda. Rozumie psychologię fanatyzmu, grupową przemoc i pokusę autorytarnego myślenia. Poświęcił tym zagadnieniom sporą część życia. Tym trudniej zaakceptować, że w zwykłej rozmowie potrafi zachować się jak ktoś, kto nigdy nie słyszał własnych płyt.
Może właśnie w tym tkwi najboleśniejsza ironia. Człowiek, który stworzył „The Wall”, potrafił z niezwykłą wrażliwością opisać, jak strach, gniew i poczucie krzywdy oddzielają nas od innych. A jednak niemal pół wieku później wciąż zdarza mu się reagować na cudze poglądy tak, jakby po drugiej stronie znajdował się wróg, a nie człowiek.
Nie oczekuję, że Roger Waters stanie się łagodnym, uśmiechniętym staruszkiem rozdającym autografy. Byłoby to zapewne artystycznie równie interesujące jak koncert Metalliki bez gitar. Chciałbym jedynie, żeby od czasu do czasu przypomniał sobie, iż krytykowanie cudzego stanowiska wymaga czegoś więcej niż głośnego przekonania o własnej nieomylności.
W 1977 roku splunął w stronę fana i dzięki temu zrozumiał, że coś jest nie tak z jego relacją ze światem. Powstało z tego „The Wall”. W 2026 roku znów publicznie okazuje komuś pogardę, tyle że refleksję zastępuje pouczeniem o życzliwości.
Nie wiem, czy Waters nadal potrafi burzyć mury. Wiem natomiast, że w ich stawianiu przez te wszystkie lata nie stracił wprawy.



