
To spora różnica. Kryzys przynajmniej zmusza do reakcji. Kompetencja może trwać latami. „There Near” jest więc ciekawsze jako próba ucieczki od własnej niezawodności niż jako opowieść o powrocie do 1985 roku. I przez pierwsze kilka utworów naprawdę można uwierzyć, że ucieczka się udała.
Hałas, który zna swoje miejsce
„Several Got Away” robi coś, czego później album nie zawsze będzie chciał powtórzyć: nie każe czekać na powód, dla którego istnieje. Gitara pojawia się natychmiast, Murph wbija utwór w ziemię, melodia jest prosta i bardzo szybko zaczyna funkcjonować niezależnie od przesteru. Mascis śpiewa jak Mascis, czyli z tym charakterystycznym połączeniem melancholii, znużenia i lekkiego zdziwienia, że mikrofon znowu stoi przed nim, podczas gdy jego gitara zachowuje się jak najbardziej ekstrawertyczna osoba w pomieszczeniu.
Najważniejsze? Solo nie stanowi nagrody za cierpliwe przejście przez piosenkę. Jest częścią jej języka. W „No Friends” ta zależność działa jeszcze lepiej. Wokal dotyczy samotności i przeciążenia, ale Mascis nie próbuje dramatyzować tekstu. Nie musi. Partie gitary robią to za niego. Kiedy prowadząca linia zaczyna wspinać się ponad opadający ruch sekcji, dostajemy jeden z tych typowo dinosaurjr-owych momentów, w których instrument okazuje się emocjonalnie bardziej wylewny niż człowiek trzymający instrument. Murph dodatkowo utrudnia potraktowanie piosenki jako wygodnej melancholii: bije mocno, miejscami niemal niecierpliwie.
Tutaj stary Mesa/Boogie rzeczywiście ma znaczenie, tylko nie w sposób, jaki najlepiej wygląda w nagłówku. Brzmienie jest mniej wypolerowane niż na „Sweep It Into Space”, bardziej chropowate na krawędziach, częściej zostawia gitarze nieprzyjemną ziarnistość. Nie słyszę jednak żadnego cudownego cofnięcia czasu. Słyszę dobrze dobrane narzędzie, które przypomniało Mascisowi, że jego gitara ciekawiej brzmi wtedy, kiedy nie każda jej powierzchnia została uprzątnięta. No i to właściwie wystarcza.
Problem zaczyna się po kilku piosenkach
„Everything At Once” jest pierwszym momentem, kiedy entuzjazm wyraźnie siada. Tempo zwalnia, bas schodzi w dół, Mascis rozciąga wokal, a gitara wypełnia miejsce pozostawione między frazami. Wszystko jest kompetentne, kilka momentów bardzo ładnych, solo oczywiście bez zarzutu. I coraz trudniej pozbyć się pytania, czy nie znamy już tej piosenki. Nie w sensie plagiatu. Gorzej! Znamy jej logikę.
Dinosaur Jr. przez lata stworzyli muzyczny system tak rozpoznawalny, że słuchacz może zacząć przewidywać nie konkretne nuty, lecz zachowanie utworu. Wie, kiedy Mascis odsunie się wokalnie, żeby gitara mogła powiedzieć resztę. Wie, jak Murph przyciśnie refren. Wie, jak melancholijna progresja akordów za chwilę zostanie przełamana solo. To kiedyś było stylem. Dziś chwilami przypomina interfejs.
„Take Me With You” ma tempo, bardzo porządny refren i wszystkie potrzebne części. Nie umiem znaleźć w nim poważnego błędu. Nie umiem też znaleźć powodu, dla którego za kilka lat miałabym wybrać właśnie tę piosenkę zamiast kilkunastu innych utworów Dinosaur Jr. działających według podobnego mechanizmu. To chyba najbardziej niewygodny problem „There Near”: dobra forma nie chroni przed zbędnością.
Jeszcze wyraźniej słychać to w „Gone Off”. Przyjemny ruch, charakterystyczna gitara, sprawnie wstawione solo, lekkość. Utwór mija. Potem trzeba spojrzeć na tracklistę, żeby przypomnieć sobie jego tytuł. Zespół osiągnął tu ten szczególny rodzaj profesjonalizmu, w którym nawet autopilot potrafi zrobić całkiem niezły zakręt.
Nostalgia jest świetnym produktem, szczególnie gdy nie wygląda jak produkt
Wokół „There Near” krytyka bardzo szybko zbudowała wygodny konsensus. Powrót brudu. Powrót energii. Powrót do korzeni. Powrót Dinosaur Jr. bardziej pierwotnego, mniej uładzonego, wyciągniętego spod warstw późniejszej produkcyjnej elegancji. Pitchfork napisał o „hard resecie”. Inni recenzenci wracali do „Dinosaur”, „You’re Living All Over Me” i „Bug”. Stary wzmacniacz stał się niemal dodatkowym członkiem zespołu. Rozumiem ten odruch. Sama płyta bardzo go ułatwia.
Jednocześnie jest coś komicznego w sytuacji, gdy jednym z dowodów autentyczności rockowej grupy okazuje się pieczołowite odtworzenie parametrów jej młodości. Dawniej używałeś sprzętu, bo taki miałeś. Czterdzieści lat później kupujesz odpowiedni model, żeby odzyskać przypadkowość tamtej sytuacji. Spontaniczność też można zrekonstruować. Vintage ma dziś numer seryjny, cenę rynkową i znakomitą historię do komunikatu prasowego.
Nie czyni to całego pomysłu fałszywym. Autentyczność zawsze była częściowo przedstawieniem, również w rocku, który lubił udawać, że jako jedyny gatunek przychodzi na sesję bez makijażu. Dinosaur Jr. wypadają tutaj zresztą znacznie sympatyczniej niż artyści dokonujący kosztownych rekonstrukcji swojej dawnej buntowniczości. Nie zakładają kostiumów z 1987 roku. Nie produkują cyfrowo kontrolowanej „surowości”. Mascis kupił wzmacniacz, podłączył gitarę i najwyraźniej spodobało mu się to, co usłyszał.
Kłopot pojawia się, kiedy narracja o powrocie zaczyna obiecywać zmianę większą od tej, która naprawdę znajduje się w piosenkach.
Lou Barlow psuje rekonstrukcję
„Blowin’ Up” wchodzi w połowie pierwszej części albumu jak wiadomość z innego kanału. Głos Barlowa jest czystszy, jego frazowanie bardziej bezpośrednie, a tekst nagle zaczyna mówić językiem 2026 roku. Pojawiają się „bored edgelord”, „death cult”, frustracja polityką, przemocą i oczekiwaniem na kolejną katastrofę.
Nie wszystko mi tu działa. „Bored edgelord” brzmi boleśnie jak fraza, która bardzo chce zostać zacytowana w recenzjach i postach. Refren jest grubszy niż potrzebuje, podwojenie wokalu odrobinę dopowiada emocję, która już została dopowiedziana tekstem. Barlow bywa najbardziej interesujący właśnie wtedy, kiedy nie ułatwia odbiorcy zadania.
A jednak „Blowin’ Up” jest dla całej płyty ważniejsze niż kilka kompozycji Mascisa napisanych sprawniej. Wpuszcza do „There Near” teraźniejszość.
Jeżeli centralną opowieścią albumu ma być spojrzenie do tyłu, Barlow zachowuje się trochę niegrzecznie i patrzy przez okno. Świat na zewnątrz nie wygląda jak 1985 rok. Kończące album „No One’s Ready” robi to ponownie, tym razem skuteczniej. Pytanie o wojnę pojawia się nad rozchwianą, mniej triumfalną muzyką. Nie ma poczucia wielkiego finału. Dobrze, bo ta płyta na wielki finał sobie nie zasłużyła.
Zasłużyła na lekkie przesunięcie perspektywy.
„Clam Along” i różnica między stylem a nawykiem
„Clam Along” zaczyna się gitarą, zanim kompozycja zdąży cokolwiek wyjaśnić. To drobiazg, ale natychmiast zmienia relację między piosenką a tym, czego oczekujemy od Mascisa. Solo nie jest kulminacją. Jest punktem wejścia. Potem całość porusza się ciężej, mniej elegancko, Murph zagęszcza grę, głos Mascisa momentami traci swoją zwyczajową bezwładność. Ten utwór ma coś, czego brakuje „Gone Off”: poczucie lekkiego zagrożenia, że wykonanie może rozepchnąć przygotowaną formę. Dinosaur Jr. są wtedy świetni.
„Walk Me Back” pokazuje odwrotną stronę tej samej cechy. Tu forma jest tak bezpieczna, że zaczyna działać jak poczekalnia. Powtarzana konstrukcja nie gromadzi napięcia. Wolniejsze tempo odsłania każdy znajomy gest, a gitara Mascisa, choć nadal brzmi pięknie, staje się usługą świadczoną piosence, która sama nie bardzo wie, co zrobić z otrzymanym luksusem. To jeden z tych utworów, przy których łatwo powiedzieć: „na żywo będzie świetny”. Możliwe. Album nie jest jednak voucherem na przyszły koncert.
Podobny zarzut wraca jeszcze kilka razy. „There Near” ma wysoką jakość minimalną. Właśnie ona działa na jego niekorzyść. Nie ma katastrof, idiotycznych eksperymentów, numeru, który kazałby zapytać, kto na to pozwolił. Bardzo niewiele tu ryzyka o skali wystarczającej, by groziło prawdziwą porażką.
Legacy act zwykle boi się dwóch rzeczy: ośmieszenia i utraty własnej marki. Dinosaur Jr. są na tyle dobrzy, że pierwsze prawdopodobnie im nie grozi. Z drugim żyją w niemal idealnej zgodzie.
Najlepsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy marka przestaje być widoczna
„Read The Room” początkowo brzmi podejrzanie znajomo. Potem gitara zaczyna pracować bardziej kanciasto, pojawia się staccatowa partia, rytm przestaje po prostu dostarczać Mascisowi podłoża do latania. Niewielka zmiana, żadnej rewolucji. Utwór natychmiast staje się ciekawszy. To chyba najbardziej frustrująca informacja na temat całego albumu: Dinosaur Jr. potrzebują naprawdę niewiele, żeby wyjść poza autopilot.
Nie oczekuję przecież, że trzynasty album grupy nagle przyniesie dekonstruowany gabber, kwartet smyczkowy i gościnny występ Rosalíi. Reinwencja jest w krytyce muzycznej równie łatwym fetyszem jak autentyczność. Zespół nie ma obowiązku zmieniać języka tylko dlatego, że recenzent potrzebuje nowego akapitu. Chodzi o drobne decyzje wewnątrz tego języka. O nieoczywiste wejście instrumentu. O zmianę funkcji rytmu. O melodię, która nie prowadzi do przewidzianego miejsca. „Read The Room” ma takie momenty. „Put It Down” również.
Ten drugi rozwija się wolniej, ciemniej, z bluesowym ciężarem. Mascis przez pewien czas powstrzymuje swoją naturalną potrzebę komentowania wszystkiego gitarą, dzięki czemu późniejsza eskalacja rzeczywiście waży więcej. Jeśli ktoś chce wskazać dowód, że Dinosaur Jr. w 2026 roku nadal potrafią nie tylko wykonywać własny styl, ale też zarządzać napięciem, wybrałabym właśnie ten utwór. Nie wzmacniacz.
Co zostaje po wyłączeniu historii?
„There Near” ukazało się w bardzo komfortowym momencie dla takiego zespołu jak Dinosaur Jr. Dzisiejszy obieg muzyczny kocha archiwa. Młodsi odbiorcy odkrywają dawne zespoły poza porządkiem chronologicznym, TikTok i streaming potrafią postawić obok siebie piosenkę z 1988 i 2026 roku bez poczucia jakiegokolwiek historycznego zgrzytu, a estetyka alternatywnego rocka lat 90. już dawno przestała być wyłącznie wspomnieniem ludzi, którzy faktycznie tam byli. Jest stylem dostępnym ponownie. Dinosaur Jr. mają w tej sytuacji ogromną przewagę. Nie muszą rekonstruować języka tamtej epoki. Pomagali go tworzyć.
Mają również problem: każdy nowy album natychmiast konkuruje z własnym archiwum. W aplikacji „Several Got Away” dzieli kilka ruchów palca od „Freak Scene”, „Little Fury Things”, „Start Choppin”, „Out There”, „Feel the Pain”, „Almost Ready”, „Watch the Corners” czy „Tiny”. Dawniej nowa płyta mogła przez jakiś czas istnieć we własnym sezonie. Streaming spłaszczył czas. Trzynasty album nie stoi już po prostu obok dwunastego. Stoi obok wszystkiego.
I tu „There Near” zaczyna przegrywać część swojej walki. Nie dlatego, że jest źle napisane. Dlatego, że wiele jego piosenek jest napisanych wystarczająco dobrze, by natychmiast przypomnieć lepsze piosenki napisane tym samym językiem. „Several Got Away”, „No Friends”, „Clam Along”, „Read The Room” i „Put It Down” bronią się bez instrukcji obsługi. Dwa utwory Barlowa zapewniają zmianę temperatury i perspektywy. Reszta często spełnia wymagania katalogowe z niepokojącą dokładnością.
Metacritic może pokazywać bardzo wysoki konsensus krytyków. Pitchfork może ogłaszać odzyskanie dawnego brudu. Recenzenci mogą ustawiać „There Near” obok „Farm”, „Beyond” albo „Give a Glimpse of What Yer Not”. Nie ma w tym żadnego skandalu. To solidny album zespołu, który własny poziom minimalny zawiesił absurdalnie wysoko. Tylko że właśnie słowo „solidny” jest dla Dinosaur Jr. pułapką. Stary wzmacniacz pomógł gitarze Mascisa odzyskać trochę zadrapań. Nie przywrócił sytuacji, w której ten zespół nie wiedział jeszcze, czym właściwie jest Dinosaur Jr. A właśnie ta niepewność była kiedyś częścią jego wielkości. Na „There Near” słychać trzech muzyków, którzy wiedzą to aż za dobrze.



