
W At The End ciekawsze od samego tematu jest to, jak utwór nabiera masy. Początek nie pcha słuchacza do przodu. Jakub Łępa prowadzi frazę dość spokojnie, sekcja pozostaje jeszcze oszczędna, fortepian trzyma całość w ryzach. Dopiero później zaczyna przybywać ruchu. Perkusja mocniej zaznacza przebieg, dęte robią się bardziej obecne, zespół rozszerza dynamikę. Nie ma jednego efektownego wejścia, po którym wszystko staje się głośniejsze. Zagęszczenie odbywa się etapami.
Takich drobnych zmian jest na płycie sporo i właśnie one świadczą o tym, że Adam Jarzmik Quintet jest zespołem, a nie liderem z czteroosobowym zapleczem. Jarzmik oczywiście ustawia materiał. Ma też charakterystyczną skłonność do porządkowania go fortepianem: podaje motyw, dopowiada rytmicznie, zostawia akordowy ślad pod solistą albo przeciwnie, na chwilę cofa ręce. Ale słuchając tej muzyki, rzadko ma się wrażenie pianistycznej wystawy.
Dużo porządku, odrobina nieposłuszeństwa
Wokół tej płyty krąży określenie „muzyka zbyt napisana”. Takie zarzuty wobec jazzu zawsze są trochę podejrzane, bo zakładają, że improwizacja staje się bardziej jazzowa wprost proporcjonalnie do ilości bałaganu. Tutaj problem leży gdzie indziej. Jarzmik zostawia miejsce na improwizację; czasami natomiast zbyt szybko wiadomo, że po jej zakończeniu wszystkie elementy wrócą tam, gdzie kompozytor je wcześniej ustawił.
More Dreams dobrze pokazuje obie strony tej metody. Trąbka i saksofon mają tu własne role, nie są tylko podwójną linią melodyczną ustawioną przed sekcją. Zmienia się gęstość, pojawiają się zwolnienia i ponowne podnoszenie napięcia, dęte dostają więcej miejsca, Budniak stopniowo zwiększa nacisk. Kiedy utwór dochodzi do kulminacji, naprawdę czuć pracę całej piątki. To jeden z mocniejszych numerów na albumie – także dlatego, że przez moment elegancki plan zaczyna trzeszczeć.
Jeszcze dalej idzie Nightlife. Tu zespół pozwala sobie na bardziej nerwowe granie. Perkusja pracuje swobodniej, frazy dętych nie są już tak grzecznie osadzone, wszystko wydaje się mniej wypolerowane. Nie zamienia się to nagle we free jazz, spokojnie. Po prostu pojawia się trochę więcej ryzyka i natychmiast robi się ciekawiej.
Nie mam poczucia, że Jarzmik powinien na tej podstawie przebudować cały swój język. Przy ośmiu utworach większa liczba takich pęknięć przydałaby się jednak płycie. Precyzja zaczyna z czasem działać przewidywalnie. Wiadomo, że sekcja będzie kontrolowała napięcie, wiadomo, że dęte zabrzmią razem czysto, wiadomo, że solista otrzyma tyle miejsca, ile potrzeba. To bardzo wysoki poziom wykonawczy, tylko miejscami brakuje sytuacji, w której ktoś zrobi coś trochę niewygodnego dla reszty zespołu.
Najdziwniejszym odstępstwem jest zresztą Introduction. Sam tytuł robi mały żart z kolejności – „wprowadzenie” pojawia się dopiero na trzeciej pozycji – lecz ważniejsze jest co innego. Zostaje sam fortepian. Po dwóch utworach przyzwyczajających ucho do relacji między pięcioma muzykami nagle nie ma żadnej relacji do obserwowania. Jarzmik nie musi reagować na Budniaka, nie musi zostawiać miejsca Łępie czy Elszkowskiemu. Brzmieniowo ten fragment odstaje i dobrze, że odstaje. Gdyby cały album był równie równy jak jego najbardziej dopracowane kompozycje kwintetowe, zrobiłoby się zwyczajnie za schludnie.
Wojna, dziecko, piątek
SJRecords opisuje „A Piece of a New Day” przez kilka doświadczeń z ostatnich lat: pandemiczną izolację, wojnę za wschodnią granicą i narodziny dziecka. Materiał promocyjny proponuje z tego historię o przejściu od niepokoju ku akceptacji i światłu. Można z tej instrukcji skorzystać. Nie trzeba.
Time Of War jest najlepszym powodem, żeby zachować ostrożność. Gdyby Jarzmik chciał muzycznie „opowiedzieć wojnę”, miałby pod ręką cały zestaw oczywistych środków: ciężki rytm, agresywne unisona, dramatyczne pauzy, gwałtowne spiętrzenie dynamiki. Nie robi tego. Napięcie pojawia się później i wynika głównie z coraz mocniejszej pracy perkusji oraz rosnącej obecności dętych. Końcówka staje się niespokojna, ale nadal mieści się w języku tego kwintetu. Tytuł nadaje jej kontekst; same dźwięki nie udają reportażu.
A zaraz potem pojawia się Ballada o Tobie. To zestawienie mówi mi więcej niż opowieść o „drodze od chaosu do światła”. Łępa gra tu oszczędniej, fortepian nie wypełnia każdej wolnej przestrzeni, sekcja też nie próbuje podnosić temperatury. Ballada nie musi niczego rozwiązywać po poprzednim utworze. Po prostu zmienia skalę: z dużego, zewnętrznego napięcia przechodzimy do muzyki, w której ważniejsze staje się pojedyncze zdanie saksofonu i to, co dzieje się chwilę po nim.
Ten porządek tytułów jest zresztą dość zabawny. Najpierw At The End, po dwóch utworach Introduction, później wojna, ballada, sny, czekanie na piątek i nocne życie. Kto szuka starannie napisanej fabuły, będzie musiał trochę pomagać autorowi. Ja bym nie pomagał. Dużo bardziej przekonuje mnie zwyczajność Waiting For Friday wciśnięta między bardziej „poważnie” brzmiące tytuły. Życie ma tę irytującą cechę, że katastrofy dziejowe nie zwalniają człowieka z czekania na weekend.
Także dlatego promocyjny ciężar albumu bywa większy od ciężaru samej muzyki. I dobrze. Jarzmik nie próbuje udowadniać, że każda prywatna emocja wymaga wielkiej kulminacji. Te kompozycje częściej zachowują się jak muzyka napisana po doświadczeniu niż muzyczna ilustracja doświadczenia.
Warto przy okazji zwrócić uwagę na obecny skład. Jakub Łępa i Piotr Budniak są muzykami związanymi z kwintetem od wcześniejszych etapów jego działalności, natomiast Marcin Elszkowski i Tymon Trąbczyński tworzą obecną obsadę trąbki i kontrabasu. Zmiana personalna nie spowodowała przebudowy całej estetyki. Jarzmik nadal korzysta z klasycznej konfiguracji fortepian – trąbka – saksofon – kontrabas – perkusja i nadal ciągnie ją w stronę współczesnego mainstreamu, w którym pisanie dla zespołu ma co najmniej takie samo znaczenie jak indywidualne solówki.
Nie jest to radykalny zwrot po „Euphorii” czy „On The Way Home”. Z Mike’em Moreno poprzedni album miał dodatkowy głos, który siłą rzeczy zmieniał układ barw. Teraz gitara zniknęła i kwintet brzmi bardziej zwarto. Partie dętych mogą zajmować więcej miejsca, fortepian czytelniej uczestniczy w konstruowaniu formy, a sekcja nie musi omijać kolejnego instrumentu harmonicznego.
Ten materiał ma też już życie koncertowe – Adam Jarzmik Quintet prezentował „A Piece of a New Day” podczas tegorocznego Jazz w Ruinach. I właśnie koncert wydaje się dla tych kompozycji ciekawym następnym sprawdzianem. Na płycie Jarzmik ma wszystko bardzo dobrze ustawione. Na scenie najchętniej usłyszałbym, co się stanie, kiedy któryś z muzyków postanowi przez kilka minut tego ustawienia nie respektować.
Bo „A Piece of a New Day” jest bardzo dobrym albumem zespołowym. Nie przez enigmatyczną „chemię”, którą zwykło się przypisywać każdej sprawnej grupie jazzowej. Tutaj można wskazać, skąd bierze się ta jakość: kontrabas potrafi przejąć prowadzenie bez odcinania się od sekcji, dęte raz pracują jako jeden głos, za chwilę rozchodzą się na osobne wypowiedzi, Budniak buduje kulminację stopniowo, a Jarzmik nie musi stale grać pierwszoplanowo, żeby jego rękę było słychać w kształcie kompozycji.
I tylko czasem chciałoby się, żeby ta ręka puściła kierownicę na zakręcie. W Nightlife na krótką chwilę właśnie to się dzieje. Warto zostać do końca.



