Mrok robiony ręcznie
Śmieciarze obsługujący posiadłość Tony’ego Iommiego mogą od czasu do czasu znaleźć w koszu ludzkie ramiona. Na szczęście sztuczne. Gitarzysta otrzymuje ze szpitalnego ośrodka protetycznego całe protezy, z których wycina materiał potrzebny do wykonania nakładek na uszkodzone opuszki palców. Reszta ląduje w śmieciach. Iommi opowiedział o tym z rozbrajającym humorem w rozmowie z „Kerrang!”. Zapewne niewielu ludzi może pochwalić się równie oryginalnym sposobem wywoływania niepokoju wśród pracowników komunalnych. Choć w przypadku człowieka, który napisał Black Sabbath, Iron Man i Into the Void, trudno mówić o całkowitym zaskoczeniu.
Ta osobliwa historia mówi o muzyce Iommiego więcej niż niejeden opasły tom poświęcony narodzinom heavy metalu. Wypadek w fabryce blachy, w którym siedemnastoletni gitarzysta stracił końcówki dwóch palców prawej dłoni, zmusił go do przebudowania własnej techniki. Lżejsze struny, obniżony strój, inne podejście do artykulacji. Rozwiązania wynikające początkowo z konieczności pomogły stworzyć brzmienie, które później tysiące muzyków próbowało naśladować z pełnym kompletem zdrowych palców. Historia rocka zna niewiele równie przewrotnych przypadków.
Dziś Iommi ma za sobą ponad pół wieku muzycznej działalności, pożegnalny koncert Black Sabbath i dorobek, który spokojnie wystarczyłby kilku zespołom. Tymczasem „From the Dark” dowodzi, że jego wyobraźnia nadal najchętniej pracuje w ciemniejszych rejestrach. Problem tej płyty polega na czymś innym: gitarzysta wciąż bezbłędnie rozpoznaje drogę do mroku, ale nie zawsze znajduje w nim nowe pomieszczenia.
Dwadzieścia dwa lata oczekiwania na telefon
Jørn Lande mógłby prowadzić kursy cierpliwości dla ludzi stojących w kolejkach do lekarza specjalisty. W 2004 roku nagrał z Iommim kilka demówek, licząc na udział w jego solowym przedsięwzięciu. Ostatecznie na „Fused” zaśpiewał Glenn Hughes, później wrócił Ronnie James Dio, powstało Heaven & Hell, a Norweg pozostał z niedokończoną historią. Dopiero po dwóch dekadach sprawa nabrała tempa. Iommi najwyraźniej traktuje słowo „niebawem” z podobną swobodą, z jaką potrafi rozciągnąć jeden gitarowy dźwięk na kilka nieznośnie długich sekund.
Początkowo „From the Dark” miało być albumem instrumentalnym. Lande otrzymał propozycję zaśpiewania w jednym lub dwóch utworach, ale po przygotowaniu Beyond the Dead i Stormwatcher zaproszono go do współtworzenia całego wydawnictwa. W wywiadzie dla TrueMetal wyjaśnił, że napisał wszystkie teksty i melodie wokalne, a Iommi czasami modyfikował własne riffy, aby dostosować je do proponowanych fraz.
To ważniejszy szczegół, niż mogłoby się wydawać. Gitarowy motyw, tradycyjnie pełniący u Iommiego funkcję fundamentu, musiał tym razem niekiedy ustąpić miejsca melodycznej logice wokalu. Dzięki temu „From the Dark” bardziej przypomina pełnoprawny album zespołowy niż solowy pokaz mistrza otoczonego posłusznymi instrumentalistami. Stylistycznie jest mu przy tym bliżej do sabbathowej epoki Dio i późniejszego Heaven & Hell niż do bluesowej, niemal garażowej surowości pierwszych płyt z Ozzym Osbourne’em.
Trzy dźwięki, od których pękają ściany
Otwierający Over the Violent Sun stanowi doskonałą ilustrację muzycznej metody Iommiego. Nisko osadzony, powracający riff wyznacza ciężar kompozycji, podczas gdy Jørn Lande rozwija nad nim rozległą, dramatyczną frazę. Gitara porusza się z nieustępliwością walca drogowego, wokal próbuje wznieść się ponad jej rytmiczną regularność. Napięcie bierze się z tego rozdźwięku. Otrzymujemy klasyczny heavy doom, w którym siła nie wynika z szybkości, lecz z nieprzyjemnego przeczucia, że następne uderzenie jest nieuniknione.
Iommi zawsze znakomicie rozumiał fizykę riffu. Liczy się sposób rozmieszczenia akcentów, długość wybrzmiewania oraz chwila, w której motyw powraca. Wystarczy kilka dźwięków, by stworzyć wrażenie nacisku większego niż przy najbardziej rozbuchanej orkiestracji. To trochę jak z kroplą wody spadającą z nieszczelnego kranu. Pierwsze trzy można zignorować, po kilkudziesięciu człowiek zaczyna rozważać wyprowadzkę. Oczywiście Iommi dysponuje znacznie bardziej wyrafinowanym systemem hydrauliki.
W Black Times podobna metoda prowadzi jednak do mniej jednoznacznego rezultatu. Ciężki, powolny motyw zapewnia odpowiednio duszną atmosferę, ale jej rozwój nie zawsze przynosi równie interesujące zmiany melodyczne. Riff jest na tyle dobry, że można mu wybaczyć wiele. Nie powinien jednak samotnie odrabiać pracy domowej za pozostałe elementy kompozycji.
World Alone rozwiązuje ten problem znacznie sprytniej. Iommi przyspiesza puls i proponuje ciężkie, motoryczne boogie o wyraźnie hardrockowym rodowodzie. Karl Brazil prowadzi rytm z odpowiednią sprężystością, Becky Baldwin nadaje mu basową masę, a Lande dostarcza jedną z bardziej nośnych melodii albumu. Powstaje utwór, w którym gitarowy motyw, perkusja i refren nie konkurują o pierwszeństwo. Mają wspólny cel. Jego bezpośredniość stanowi znakomite antidotum na ciężar otwarcia, przypominając, że heavy metal nie musi nieustannie maszerować w kondukcie pogrzebowym. Czasem może po prostu porządnie rozbujać publiczność.
Dio nie zostawił wolnego etatu
Porównywanie Landesego z Ronniem Jamesem Dio było nieuniknione, choć łatwo przy tym wyrządzić Norwegowi krzywdę. Obaj potrafią budować rozległe frazy i nadawać melodiom dramatyczny, niemal teatralny charakter. U Landesego pobrzmiewa również chropowatość Davida Coverdale’a. Różnica ujawnia się w kompozycyjnej sile samej melodii. Dio umiał sprawić, że pozornie prosta fraza stawała się natychmiast rozpoznawalną opowieścią. Lande częściej dochodzi do kulminacji dzięki ekspresji wykonawczej. Głos robi ogromne wrażenie, lecz nie każdy refren zostaje w pamięci równie długo jak poprzedzający go riff.
Najlepiej wypada w Beyond the Dead. Powolny, dostojny motyw gitarowy, orkiestracja Mike’a Exetera i dramatyczna melodia tworzą niemal funeralną elegię. Tekst podejmuje temat przemijania i lęku przed tym, co może czekać człowieka po śmierci. Gitara pozostaje nieustępliwa, instrumenty orkiestrowe rozszerzają przestrzeń, a głos próbuje nadać niepokojowi ludzki wymiar. Zamiast gwałtownie rozładowywać napięcie, kompozycja pozwala mu narastać. Powolność staje się jej zasadniczym narzędziem dramaturgicznym.
Stormwatcher wykorzystuje podobny ciężar w odmiennej funkcji. Miara rytmicznego pulsu i nieustępliwy riff zapewniają poczucie ruchu, podczas gdy wokal opowiada o statku walczącym ze sztormem. Morska podróż stanowi metaforę ludzkiego życia, jego niepewności i poszukiwania nowych horyzontów. Ta symbolika ma muzyczne uzasadnienie: rytm utrzymuje kurs, melodyczne frazy wprowadzają emocjonalną zmienność, a gitara przypomina o nieustannej obecności zagrożenia. Kompozycja nie potrzebuje nagłych zwrotów, aby budować napięcie. Jej siła tkwi w uporczywym parciu naprzód.
Można oczywiście zarzucić tekstom Landesego nadmierne przywiązanie do heavymetalowego słownika. Śmierć, ciemność, przeznaczenie, demony, niekończąca się walka – magazyn rekwizytów wygląda, jakby od czasu „Mob Rules” nikt nie przeprowadził w nim inwentaryzacji. W Beyond the Dead oraz Stormwatcher symbole zyskują jednak przekonujący odpowiednik w muzycznej dramaturgii. Gdzie indziej bywają jedynie znajomym kostiumem. Po pięćdziesięciu latach heavy metal naprawdę mógłby czasami wyjść z domu bez zbroi.
Piekło po generalnym remoncie
Becky Baldwin początkowo uznała zaproszenie do studia Iommiego za oszustwo. Wiadomość od menedżera gitarzysty Black Sabbath była najwyraźniej zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. Basistka Mercyful Fate przyjechała jednak do studia, gdzie miała przygotować partię do jednego utworu. Była przekonana, że jej pierwsze podejście wypadło fatalnie. Tymczasem wykorzystano właśnie to nagranie, a ona sama otrzymała propozycję współpracy przy całej płycie. Historię opisał „Guitar World”.
Baldwin inspiruje się palcową artykulacją Geezera Butlera i potrafi prowadzić bas jako samodzielny element aranżacji. Z Brazilem tworzy niezwykle precyzyjną sekcję rytmiczną, choć jej współpraca jest bardziej uporządkowana niż bluesowo rozchwiane dialogi Butlera z Billem Wardem. Produkcja Iommiego i Exetera pozwala docenić tę dyscyplinę. Gitary są masywne, bas pozostaje czytelny, perkusja ma odpowiedni atak, a orkiestracje nie toną w przesterze.
Wszystko działa niemal zbyt dobrze. Dawne Black Sabbath miało w sobie coś z fabryki, której maszyny pracują na granicy wytrzymałości, a kierownik od dawna zgubił instrukcję bezpieczeństwa. Tutaj każdy element został starannie ustawiony, wyczyszczony i zabezpieczony. Brzmienie imponuje, lecz chwilami brakuje mu tej odrobiny nieprzewidywalności, która dawniej nadawała sabbathowej muzyce niemal fizyczny niepokój. Nawet diabeł, zanim wszedłby do studia, musiałby zapewne założyć ochraniacze na buty.
Brian May, hiszpańska gitara i siedem minut prawdziwej dramaturgii
Death Wake przynosi gościnny występ Briana Maya. Jego śpiewne, płynnie prowadzone frazowanie kontrastuje z cięższą gitarową artykulacją Iommiego, nadając kompozycji dodatkowy wymiar melodyczny. Solówka nie sprawia wrażenia ozdobnego podpisu wielkiego nazwiska. May wnosi własny sposób myślenia o dźwięku, dzięki czemu utwór zyskuje potrzebne zróżnicowanie.
Mniej przekonuje Return of the Arbalist, energiczna kompozycja silnie zakorzeniona w estetyce późniejszych Sabbathów. Riff ma charakter, sekcja rytmiczna zapewnia odpowiedni napęd, lecz rozwinięcie nie przynosi szczególnej niespodzianki. Wszystko zagrano znakomicie, tylko trudno pozbyć się wrażenia, że podobną historię opowiedziano już wcześniej. A przecież od Iommiego można wymagać więcej niż bezbłędnego wykonywania własnych patentów. Gdyby reputacja zwalniała z krytyki, należałoby zamknąć połowę redakcji muzycznych i zastąpić recenzje formularzami gratulacyjnymi.
Finałowe Legacy przynosi na szczęście argument znacznie trudniejszy do podważenia. Ponad siedem minut muzyki łączy monumentalne partie gitarowe, melancholijne fragmenty i krótki, niemal hiszpański epizod akustyczny. Kolejne zmiany nie są przypadkowymi ozdobnikami: spokojniejsze odcinki przygotowują powrót ciężaru, a melodyjne solówki poszerzają dramaturgię. Każdy element ma własną funkcję, dlatego kompozycja nie nuży mimo znacznie dłuższego czasu trwania.
Jest w tej historii jeszcze jeden uroczy szczegół. Iommi przyznał w rozmowie z „Rolling Stone”, że właściwie nie lubi grać na gitarze akustycznej. Nie uważa się nawet za szczególnie dobrego wykonawcę takich partii. W Legacy postanowił jednak wykorzystać ją właśnie dlatego, że wprowadza coś nieoczekiwanego. To decyzja kompozycyjnie bezcenna. Po całym albumie ciężkich gitar delikatniejsza barwa otwiera przestrzeń, której nie dałoby się uzyskać kolejnym przesterowanym riffem.
W tym fragmencie ujawnia się prawdziwa wielkość Iommiego. Nie potrzebuje popisywać się techniką, aby zainteresować słuchacza. Potrafi zmienić perspektywę pojedynczym gestem, umiejętnie rozkładając napięcie i kontrasty. Monumentalność Legacy przywodzi na myśl epicki rozmach „Rising” Rainbow, choć Iommi korzysta z cięższej gitarowej faktury i większej rytmicznej uporczywości niż Ritchie Blackmore. To nie długość czyni tę kompozycję wielką, lecz świadomość, że każda kolejna minuta musi coś zmienić.
Po pożegnalnym koncercie Black Sabbath i śmierci Ozzy’ego Osbourne’a łatwo potraktować Legacy jako artystyczny testament. Byłaby to jednak interpretacja zbyt wygodna. „From the Dark” powstawało przez lata, a Iommi nie przedstawia albumu jako pożegnania. Zresztą po „The End” Black Sabbath kolejny definitywny finał zacząłby przypominać serial, którego ostatni odcinek doczekał się własnego sequela.
Ostatecznie „From the Dark” pozostaje albumem bardzo dobrym, choć jego kompozycyjna zachowawczość i nierówna siła melodii wokalnych nie pozwalają uznać go za arcydzieło. Iommi nie odkrywa już nowych obszarów heavy metalu. Zna jednak własny język tak dobrze, że potrafi za jego pomocą nadal opowiadać przekonujące historie. World Alone, Beyond the Dead, Stormwatcher i przede wszystkim Legacy pokazują, że ciężar w jego muzyce pozostaje rezultatem kompozycyjnej wyobraźni, nie prostego zwiększania głośności. Słabsze momenty przypominają zaś, że nawet autor Iron Man nie otrzymał dożywotniego zwolnienia z obowiązku napisania dobrego refrenu.
W swoim studiu Iommi przechowuje setki niewykorzystanych riffów, do których – jak sam przyznaje – niemal nigdy nie wraca. Za każdym razem woli tworzyć nowe. Możliwe więc, że przyszłość heavy metalu wciąż spoczywa na starych kasetach. Tylko po co miałby ich słuchać, skoro w dłoniach ma gitarę i nadal potrafi wymyślać kolejne motywy?
Być może odpowiedź kryje się właśnie w tych dwóch uszkodzonych palcach, od których rozpoczęła się jedna z najbardziej niezwykłych historii muzyki rockowej. Iommi nie musi już niczego udowadniać, ale najwyraźniej nadal musi coś zagrać. I dopóki ta potrzeba nie zniknie, ciężar będzie miał swojego najbardziej wiarygodnego rzecznika.




