
Głos z drugiej strony echa
Neurosis wrócili w najbardziej niewygodny z możliwych sposobów. Nie jako pomnik, któremu po dziesięciu latach odkurzono tabliczkę. Nie jako zespół próbujący przekonać słuchaczy, że czas stanął w miejscu. Wrócili z muzykiem, którego twórczość przez dekady rozwijała ich własne pomysły, przetwarzała je i przekazywała dalej. Teraz Aaron Turner stoi pośrodku Neurosis, a historia zatacza krąg, który wcale nie jest idealnie okrągły.
To pęknięcie słychać niemal od razu. Po krótkim, zniekształconym komunikacie We Are Torn Wide Open pojawia się Mirror Deep: bas i gitary wpadają w utwór ciężkim, koślawym ruchem, jakby każdy takt trzeba było wyrwać z oporu materii. Nad nimi nie unosi się elegancka elektroniczna poświata. Syntezatory Noah Landisa skwierczą, syczą i wciskają się w wolne miejsca, destabilizując riff od środka. Ten ciężar nie stoi pewnie. Drży.
Po kilkudziesięciu sekundach zespół usuwa niemal całą masę. Zostaje cienka linia gitary, sztuczne światło klawiszy i pustka, która nie daje odpoczynku, ponieważ od początku wiadomo, że coś do niej wróci. Gdy sekcja rytmiczna ponownie zajmuje przestrzeń, riff nie brzmi jak triumfalny powrót refrenu. Jest konsekwencją wcześniejszego ubytku. Neurosis przypominają, że głośność staje się ciężarem dopiero wtedy, gdy muzycy potrafią pokazać, co znajduje się pod nią.
Wokół „An Undying Love for a Burning World” łatwo zbudować opowieść o odrodzeniu. Byłaby nawet prawdziwa, lecz zbyt wygodna. Po rozstaniu ze Scottem Kellym przyszłość grupy przestała być wyłącznie pytaniem o skład. Chodziło o to, czy muzyka tworzona przez cztery dekady zachowała wspólny rdzeń, czy też była tak mocno związana z konkretną konfiguracją głosów i osobowości, że każda dalsza próba musi zabrzmieć jak rekonstrukcja.
Nowa płyta nie udaje, że w ścianie nie ma wyrwy. Buduje zespół wokół niej.
Turner nie zostaje przebrany za brakującego członka Neurosis. Jego głos jest szerszy, bardziej chropowaty, czasem niemal pozbawiony centralnego tonu. Steve Von Till brzmi przy nim sucho i ziemiście, jakby każde słowo przechodziło przez gardło zbyt wąskie dla emocji, którą ma pomieścić. W Blind oba wokale nie składają się w jedną figurę. Naciskają z różnych stron. To zmiana większa niż sama wymiana barwy.
Zespół uwięziony we własnym wpływie
Neurosis znajdują się dziś w szczególnej sytuacji. Ich język został rozebrany na części przez kolejne pokolenia: jedni przejęli powolne spiętrzanie napięcia, inni rytualną repetycję, jeszcze inni kontrast pomiędzy sludge’owym naciskiem a postrockowym wycofaniem. Cult of Luna zamieniła tę gramatykę w precyzyjną inżynierię monumentalnych form. Rosetta rozciągnęła ją w stronę kosmicznej melancholii, a Mouth of the Architect podkreślił jej sludge’ową szorstkość.
Na „An Undying Love for a Burning World” twórcy tego języka chwilami brzmią więc jak zespół ukształtowany przez własnych następców. Nie jest to zarzut. Raczej główny dramat płyty.
First Red Rays mogłoby zostać potraktowane jako najbardziej oczywisty dowód wpływu Turnera. To on przyniósł fundament kompozycji, a jej długie, szeroko zakreślone linie gitarowe przywołują cierpliwość znaną z Isis. Utwór nie zatrzymuje się jednak na eleganckim modelu narastania. Jason Roeder rozbija jego płynność ciężkimi akcentami, Dave Edwardson zagęszcza dół w miejscach, w których gitara próbuje otworzyć horyzont, a Landis wprowadza tony przypominające transmisję odbieraną przez uszkodzony sprzęt.
Najlepsze fragmenty albumu powstają właśnie w takim tarciu. Turner proponuje przestrzeń, Neurosis ją kaleczą. Neurosis uruchamiają monolityczny riff, Turner dodaje do niego niestabilną, psychodeliczną krawędź. Nikt nie otrzymuje wyłączności na kierunek.
Proces włączania nowego muzyka nie polega tu na dopasowaniu go do gotowej formy. Materiał zachowuje ślady zbiorowego przepisywania: riffy tracą pierwotną symetrię, proste przejścia zostają celowo wydłużone, a partie, które w innym zespole prowadziłyby do kulminacji, kończą się pustą przestrzenią albo elektronicznym zakłóceniem. Ta muzyka zachowuje się tak, jakby nie ufała pierwszej wersji samej siebie.
Blind jest pod tym względem niemal modelem całego albumu. Początek porusza się ciężko, lecz nie ospale. Gitara wykonuje krótkie, lekko skręcone gesty, a rytm nie pozwala im wygodnie osiąść. Później środek utworu zostaje wydrążony. Syntezatory przejmują funkcję melodii, perkusja ogranicza się do drobnych znaków, zaś czystszy wokal Von Tilla brzmi jak głos pozostawiony w pomieszczeniu po wyniesieniu mebli. Powrót pełnego składu nie odbudowuje pierwotnego porządku. Wprowadza większy chaos.
To jedna z najważniejszych różnic między tą płytą a wieloma albumami jej postmetalowych potomków. Cisza nie jest tutaj neutralnym korytarzem prowadzącym do kolejnej eksplozji. Potrafi być bardziej wroga niż riff. Wyciszenie nie oznacza bezpieczeństwa, tylko utratę punktów orientacyjnych.
Maszyna, która nie pracuje równo
Noah Landis przez znaczną część albumu pozostaje poza centrum uwagi, choć bez niego ta muzyka byłaby o wiele bardziej przewidywalna. Syntezatory nie pełnią funkcji orkiestracji doklejonej do metalowego zespołu. Zmieniają właściwości przestrzeni. Raz zwężają pasmo, pozostawiając gitarom niewiele powietrza. Innym razem rozciągają dźwięk za plecami sekcji rytmicznej, przez co nawet prosty motyw wydaje się pozbawiony końca.
W Seething and Scattered elektronika początkowo siedzi głęboko pod basowym pulsem. Utwór rusza niemal bez ceremonii: krótkie riffy, rozdzielone głosy, perkusja pracująca bardziej napięciem tomów niż prostym uderzeniem. Wszystko wydaje się zaskakująco bezpośrednie, dopóki konstrukcja nie zaczyna tracić elementów. Gitary cofają się, syntezator zostaje odsłonięty, a rytm przez kilka chwil przypomina mechanizm, któremu usunięto połowę części, lecz nadal zmusza się go do pracy.
Finał nie rozładowuje napięcia w tradycyjny sposób. Sprzężenia i bębny narastają, ale nie tworzą wspólnego, triumfalnego wierzchołka. Warstwy ocierają się o siebie, jakby każda próbowała wydostać się z utworu innym wyjściem. Właśnie tu słychać Neurosis najbardziej żywe: nie wtedy, gdy brzmią największym dźwiękiem, lecz gdy pięciu muzyków utrzymuje kompozycję tuż przed utratą stabilności.
Album nie zawsze osiąga podobny stopień niepewności. In the Waiting Hours rozwija się z dużą cierpliwością i zawiera kilka znakomitych momentów, zwłaszcza gdy gęsty riff ustępuje samotnym gitarom, lecz jego szkielet pozostaje znajomy. Cisza, narastanie, ciężkie wejście, kolejne cofnięcie, finałowe spiętrzenie. Neurosis współtworzyli ten sposób komponowania, więc trudno zarzucać im korzystanie z własnego wynalazku. Historia nie jest jednak automatycznym usprawiedliwieniem.
Przy kolejnych odsłuchach słychać, że część repetycji posiada konkretną funkcję: zmienia temperaturę, pozwala detale przesunąć na pierwszy plan, przygotowuje gwałtowną zmianę perspektywy. Inne fragmenty trwają dlatego, że monumentalna muzyka przyzwyczaiła nas do przekonania, iż długość sama nadaje znaczenie. Nie nadaje.
Untethered ujawnia odwrotny problem. Utwór jest krótki, szybciej przechodzi między pomysłami, przynosi psychodeliczno-bluesowy ruch i potrzebną zmianę proporcji. Nie zdąża jednak rozwinąć własnego napięcia. Mówione partie są zbyt jednoznaczne, a instrumentalne szczegóły pojawiają się i znikają, zanim zaczną na siebie oddziaływać. Na płycie pełnej długich, cierpliwych konstrukcji ten czterominutowy fragment powinien ciąć jak nagłe pęknięcie. Tymczasem pozostawia jedynie rysę.
Także teksty nie zawsze dorównują wieloznaczności muzyki. Motywy izolacji, rozpadu więzi, niszczenia środowiska i świadomości śmierci układają się w konsekwentną całość. Gdy słowa zostają rozbite pomiędzy kilka głosów, znaczenie nabiera fizycznego charakteru — brzmi jak wspólny wysiłek, by przebić się przez hałas. W bardziej deklaratywnych fragmentach język zbliża się jednak do manifestu, podczas gdy instrumenty mówią coś ciekawszego: nie oferują wspólnoty jako gotowego rozwiązania, lecz pokazują, jak trudno w ogóle zsynchronizować pięć źródeł napięcia.
Światło, które niczego nie naprawia
Przez większą część albumu Neurosis ostrożnie przesuwają granice własnego języka. W Last Light wreszcie przestają je przesuwać i zaczynają sprawdzać, czy są jeszcze potrzebne.
Utwór otwiera puls elektroniki: regularny, lecz zbyt nerwowy, by można było uznać go za stabilny rytm. Turner pojawia się nad nim bez ochrony pełnego zespołu. Jego głos nie prowadzi melodii i nie wygłasza przemowy. Próbuje utrzymać się na powierzchni dźwięku. Kiedy wchodzą gitary i perkusja, nie następuje oczekiwane rozwiązanie. Instrumenty przyłączają się do niepokoju zamiast go zagłuszyć.
Roeder nie gra tu jak perkusista obsługujący kulminacje. Buduje skalę utworu za pomocą odstępów między uderzeniami. Każdy akcent wydaje się większy, ponieważ nie został natychmiast otoczony kolejnymi. Edwardson utrzymuje ruch pod powierzchnią, czasami niemal niezauważalnie zmieniając kierunek frazy. Landis przepuszcza całość przez elektroniczne trzaski, drony i sygnały, które nie pozwalają gitarom stać się jednolitą ścianą.
Po kilku minutach pojawia się współbrzmienie jaśniejsze od wszystkiego, co wcześniej wydarzyło się na płycie. W innym albumie mogłoby oznaczać wyjście z mroku. Tutaj jasność jest niepokojąca, ponieważ niczego nie rozwiązuje. Przez chwilę słychać więcej przestrzeni, a więc również więcej pustki. Melodia otwiera horyzont tylko po to, by pokazać, że nie ma na nim bezpiecznego miejsca.
To najbardziej dojrzała decyzja całego albumu. Neurosis nie traktują piękna jako nagrody za przetrwanie ciężkich partii. Nie przeciwstawiają go przemocy dźwięku. Jasne gitary, chóralne głosy i szeroka instrumentalna przestrzeń należą do tego samego świata co industrialny puls oraz sludge’owy nacisk. Zmienia się oświetlenie, nie rzeczywistość.
Last Light trwa prawie siedemnaście minut i po raz pierwszy na albumie długość przestaje być cechą formatu, a staje się warunkiem znaczenia. Kolejne części nie ustawiają się w szeregu. Wyrastają jedna z drugiej: elektronika pozostawia ślad w riffie, riff przenosi napięcie do fragmentu chóralnego, a pozorne uspokojenie przygotowuje finał, który nie jest ani katastrofą, ani zwycięstwem. Zespół nie dociera do odpowiedzi. Dociera do możliwości dalszego ruchu.
Ten finał komplikuje ocenę wcześniejszych kompozycji. Pokazuje, że nowy skład potrafi nie tylko odświeżyć brzmienie Neurosis, ale przekształcić logikę ich muzyki. W środkowej części albumu wciąż zdarzają się fragmenty chronione przez dawny autorytet: wystarczająco ciężkie, wystarczająco cierpliwe i zbyt dobrze wykonane, by łatwo je odrzucić. Last Light odbiera im tę ochronę. Skoro zespół potrafi posunąć się tak daleko, bezpieczniejsze momenty zaczynają brzmieć jak świadomy wybór, a nie granica możliwości.
„An Undying Love for a Burning World” nie jest więc płytą o odzyskaniu dawnego Neurosis. Dawnego Neurosis nie da się odzyskać i nie powinno się próbować. Jest albumem o grupie zmuszonej usłyszeć własny język po latach, w głosach ludzi, których ten język ukształtował. Turner przychodzi jako uczeń, potomek i artysta posiadający własną, wyraźną historię. Zespół nie przyjmuje go po to, by wypełnił miejsce. Pozwala mu przesunąć ściany.
Nie każda z nich przesuwa się równie daleko. Część kompozycji nadal korzysta z mechanizmów, które post-metal zdążył powtórzyć do granic cierpliwości. Niektóre deklaracje tekstowe są prostsze niż napięcia zawarte w aranżacjach. Album pozostaje jednak przekonujący, ponieważ jego ciężar nie służy odbudowie dawnej wielkości. Służy sprawdzeniu, co z tej wielkości jest jeszcze żywe.
Neurosis nie wracają na własny tron. Wchodzą do pomieszczenia, które sami kiedyś zbudowali, i odkrywają, że przez lata ktoś pozmieniał w nim drzwi.
Ostatnie minuty Last Light nie przynoszą triumfu. Perkusja zagęszcza przestrzeń, gitary tracą kontury, głosy rozpływają się w zbiorowym hałasie. Muzyka nie zamyka rany, nie odzyskuje niewinności i nie udaje, że dalszy ciąg jest pewny. Pozostawia zespół w ruchu.
Po dziesięciu latach to więcej niż powrót.



