
Niebo nad miejscem, do którego nie można wrócić
„Vyraj” zaczyna się spokojniej, niż można by oczekiwać po Dymna Lotva. Zory przez dłuższą chwilę nie próbuje nikogo przygnieść. Gitara porusza się ostrożnie, rytm nie spieszy się z narastaniem, a folkowe elementy wprowadzają lekkie rozkołysanie. Dopiero później muzyka nabiera ciężaru i pojawia się Nokt, której głos pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów zespołu. Nie jest to scream szczególnie „ładny” ani wygładzony studyjnie. Ma w sobie szorstkość, czasem wręcz fizyczne zmęczenie, ale właśnie dlatego dobrze współgra z muzyką, która od dawna wyrasta u Dymna Lotva z poczucia napięcia, utraty i braku stabilnego gruntu.
Na „Vyraj” ważna jest jednak nie tylko sama obecność Nokt, lecz także liczba głosów pojawiających się wokół niej. Chóry, czyste partie, szepty, dziecięce wokale i męskie głosy sprawiają, że album nie brzmi już jak monolog jednej osoby zamkniętej w swoim doświadczeniu. W wielu momentach pojawia się wrażenie wspólnoty, choć nie jest to wspólnota dająca szczególne pocieszenie. Raczej grupa ludzi, którzy znaleźli się w podobnym miejscu i znają ten sam rodzaj niepokoju. Ma to znaczenie przy albumie zespołu pochodzącego z Białorusi, działającego obecnie w Polsce i budującego cały koncept wokół migracji, pamięci, śmierci oraz możliwości powrotu.
Sam tytuł odnosi się do słowiańskiego Vyraju, mitycznej przestrzeni związanej zarówno z ptakami odlatującymi na zimę, jak i duszami zmarłych. Nietrudno zauważyć analogię do sytuacji zespołu, ale Dymna Lotva nie zostawiają tego wyłącznie na poziomie informacji prasowej. Motyw drogi przewija się przez muzykę, teksty i sposób budowania całego albumu. Pojawia się ruch, zatrzymanie, oczekiwanie, pewna niemożność odnalezienia właściwego kierunku. Tematy folklorystyczne są tutaj mocno splecione ze współczesnością, dlatego nie sprawiają wrażenia kostiumu nałożonego na post-black metal.
Powtarzanie, które czasem hipnotyzuje, a czasem nuży
Dymna Lotva często budują kompozycje z motywów powracających przez długi czas. Veha jest jednym z najlepszych przykładów. Siedmiominutowy utwór opiera się na kolejnych warstwach wokalnych, szeptach, dziecięcych głosach i stopniowo zmieniającym się ciężarze instrumentów. Nie rozwija się według typowego schematu, w którym kolejne części wyraźnie prowadzą do refrenu lub kulminacji. Bardziej przypomina formę obrzędową, gdzie znaczenie wynika również z samego powtarzania. W tym przypadku taka konstrukcja dobrze współgra z atmosferą utworu i pozwala utrzymać napięcie przez znaczną część jego długości.
Ten sam sposób komponowania bywa jednak problematyczny w innych miejscach albumu. Bu Samoje ma interesującą pracę głosów i jeden z bardziej charakterystycznych klimatów na płycie, lecz po kilku odsłuchach trudno mi wskazać moment, w którym kompozycja rzeczywiście zmienia kierunek. Motyw jest dobry, tylko zespół pozostaje przy nim trochę zbyt długo. Podobnie bywa w Ustań Za Mianie. Nie są to słabe utwory, ale na tle najbardziej udanych fragmentów „Vyraj” ich ograniczenia stają się bardziej widoczne. Zespół potrafi stworzyć trans, lecz czasem niewiele brakuje, aby trans zmienił się w zwykłą statyczność.
Dlatego tak dobrze wypada Viedźmieragina. Kompozycja pozostaje ciężka i mocno zakorzeniona w blackmetalowym języku gitar, ale posiada wyraźny motyw melodyczny. Nie rozpływa się całkowicie w atmosferze. Po zakończeniu utworu zostaje coś konkretnego, co można sobie przypomnieć. Jeszcze lepsze wrażenie robi Niama Darohi, gdzie zespół cierpliwiej gospodaruje dynamiką. Początek jest spokojniejszy, sekcja rytmiczna prowadzi utwór bez nadmiernego nacisku, elektronika pozostaje w tle, a gitara stopniowo zwiększa napięcie. Mocniejsze partie wokalne pojawiają się później i dzięki temu rzeczywiście zmieniają ciężar utworu, zamiast funkcjonować na takim samym poziomie intensywności od pierwszej do ostatniej minuty.
To jedna z najważniejszych zmian, jakie słychać na „Vyraj”. Dymna Lotva wcześniej również potrafili budować atmosferę i operować dużą masą brzmienia, ale tutaj częściej kontrolują moment wejścia tej masy. Nie każdy utwór zaczyna się od maksymalnego poziomu napięcia. Zespół pozwala sobie na melodie, czystsze przestrzenie i delikatniejsze partie, przez co agresywne fragmenty nie tracą znaczenia po kilku minutach ciągłego nacisku.
Więcej niż post-black z folkowym ornamentem
Stylistycznie „Vyraj” pozostaje trudny do zamknięcia w jednej kategorii. Post-black metal jest najbardziej oczywistym punktem odniesienia, ale równie mocno słychać doom, elementy gothic metalu, folk, elektronikę i bardziej progresywne podejście do aranżacji. Nie jest to jednak zestaw dodatków wrzuconych po to, aby album sprawiał wrażenie bardziej różnorodnego. Większość tych elementów ma konkretną funkcję. Folk podkreśla związek materiału z białoruską tradycją, elektronika zwiększa przestrzeń i niepokój, doom daje ciężar, którego nie trzeba budować wyłącznie prędkością czy agresją gitar.
Najbardziej oczywistym spotkaniem z doommetalową tradycją jest The Boat of Despair z udziałem Aarona Stainthorpe’a. Jego głos jest natychmiast rozpoznawalny i trudno oddzielić go od historii My Dying Bride. Dymna Lotva nie próbują go jednak wtopić w album tak, aby stracił własny charakter. Przeciwnie, wyraźnie zestawiają jego głęboki, spokojny sposób śpiewania z bardziej nerwową ekspresją Nokt. W rezultacie gościnny udział ma sens wewnątrz kompozycji i nie sprawia wrażenia nazwiska dopisanego do tracklisty wyłącznie dla zainteresowania słuchaczy.
Podobnie potraktowano wokale w całym albumie. Chóry i głosy dodatkowe bardzo często mają większe znaczenie niż kolejna warstwa gitar. Zmieniają perspektywę utworu, zwiększają jego przestrzeń albo przeciwnie, tworzą wrażenie ciasnoty i zbiorowego nacisku. Nokt pozostaje oczywiście centralną postacią, lecz nie dominuje każdej sekundy materiału. Jej partie czyste stały się przy tym ważniejsze i lepiej zintegrowane z aranżacjami. Nie są jedynie kontrastem dla screamu. W kilku utworach właśnie czysty wokal nadaje muzyce najbardziej niepokojący ton.
Brzmienie albumu jest przejrzyste, choć nie zawsze równie przestrzenne. W spokojniejszych fragmentach dobrze słychać bas, perkusję i kolejne warstwy gitar. Elektronika również ma swoje miejsce i nie przykrywa instrumentów. Gorzej wypadają największe kulminacje, kiedy jednocześnie pojawia się kilka głosów, chóry, ciężkie gitary, klawisze i pełna sekcja rytmiczna. Wszystko nadal pozostaje słyszalne, ale kolejne plany zaczynają się spłaszczać. Przy muzyce tak mocno związanej z przestrzenią i stopniowym narastaniem napięcia więcej miejsca między poszczególnymi elementami mogłoby tylko pomóc.
Powrót, którego być może nie będzie
Najpełniej sens całego albumu ujawnia się w Return My Coffin Home. Finał trwa ponad osiem minut i nie spieszy się z przechodzeniem do najcięższych partii. Akustyczne fragmenty oraz elementy tradycyjnych melodii pozostają integralną częścią utworu. Nie ma poczucia, że spokojniejsze partie są jedynie wstępem przed właściwą kulminacją. Z czasem pojawiają się kolejne głosy, wzrasta ciężar gitar, a udział Ingvarra ze Schreigarm rozszerza białoruski kontekst o ukraińskie doświadczenie wojny, śmierci i utraty domu.
Tytuł utworu wystarcza właściwie do zrozumienia całej emocjonalnej osi „Vyraj”. Prośba o sprowadzenie trumny do ojczyzny brzmi zupełnie inaczej, kiedy pochodzi od ludzi, którzy naprawdę zostali zmuszeni do życia poza własnym krajem. W tym miejscu wszystkie wcześniejsze odwołania do ptaków, wędrówki, nieba i dusz zmarłych przestają być zestawem atrakcyjnych symboli. Powrót, który w naturze odbywa się cyklicznie, dla człowieka może pozostać tylko możliwością pośmiertną.
Właśnie tutaj Dymna Lotva najlepiej wykorzystują folklor. Nie traktują tradycji jako egzotycznego dodatku do metalu. Stare obrazy i melodie zostają zestawione z czymś całkowicie współczesnym: emigracją, represją, utratą miejsca, do którego wcześniej można było po prostu wrócić. Dzięki temu „Vyraj” nie potrzebuje przesadnie rozbudowanej warstwy ideologicznej. Historia zespołu wystarcza, aby wiele tych motywów nabrało znaczenia.
Album nie jest jednak pozbawiony słabszych punktów. Zespół czasami zbyt długo utrzymuje jeden motyw, kilka utworów pozostaje bardziej interesujących pod względem atmosfery niż konstrukcji, a najbardziej gęste fragmenty produkcji przydałoby się lekko rozluźnić. Nie zmienia to faktu, że „Vyraj” jest materiałem bardziej dojrzałym i bardziej różnorodnym od prostego rozwinięcia wcześniejszego stylu Dymna Lotva. Zespół nie rezygnuje z ciężaru ani ekstremalnego wokalu, ale coraz lepiej rozumie, że napięcie można budować również ciszej.
Po kilku odsłuchach najbardziej zostają ze mną Zory, Viedźmieragina, Niama Darohi i finałowe Return My Coffin Home. Nie ze względu na samą intensywność, lecz dlatego, że w tych utworach wszystkie elementy spotykają się w odpowiednich proporcjach. Folk nie przeszkadza metalowi, elektronika nie przykrywa gitar, a koncept nie wyprzedza muzyki. W najlepszych momentach „Vyraj” brzmi po prostu jak płyta zespołu, który wie już dokładnie, skąd pochodzi, choć nie ma pewności, kiedy będzie mógł tam wrócić.




