Muse – The Wow! Signal
Muse – The Wow! Signal

Muse – The Wow! Signal

Muse – The Wow! Signal
Muse – The Wow! Signal

Kosmos świeci, serce kopci

„The Wow! Signal” Muse to album, który formalnie startuje z orbity: tytuł odsyła do tajemniczego sygnału radiowego z 1977 roku, a cała płyta nosi na sobie emblematy znane z muzealnej, pardon, muse’owej gabloty: apokaliptyczne napięcie, space rock, spiskowe błyski w oku Matta Bellamy’ego, orkiestralne rozpasanie, elektronikę i riffy, które wyglądają, jakby ktoś przykręcił im dodatkową śrubę, bo poprzednie pięć już dymiło. Po „Will of the People” z 2022 roku, które samo siebie cytowało z miną gościa robiącego składankę greatest hits, „The Wow! Signal” brzmi jak próba wyciągnięcia z własnego DNA nie muzealnej próbki, tylko żywego organizmu. To nadal Muse w wersji monumentalnej, ale mniej kartonowy pomnik, bardziej statek kosmiczny z przeciekającym sercem.

W historii zespołu album naturalnie ustawia się gdzieś między „Absolution”, „Black Holes and Revelations” i „The Resistance”, lecz nie jako ksero z automatu na dworcu, tylko jako nerwowa rozmowa z tamtymi płytami. Wciąż mamy rock alternatywny, prog rock, stadionowy hard rock, elektroniczne ostrza i romantyczny dramat, ale pod powierzchnią narracji o obcych cywilizacjach pracuje zwyczajny, nieprzyjemnie ludzki mechanizm: rozpad relacji, samotność, potrzeba kontaktu i ta śmieszna, uparta nadzieja, że ktoś jednak odpowie. Kosmos jest tu więc nie tyle NASA, ile kuchnia o trzeciej w nocy. Niby gwiazdy, a w zlewie talerz po kolacji, której nikt już razem nie zje.

Warto przy okazji zajrzeć do archiwum Laboratorium Muzycznych Fuzji, bo recenzja „The 2nd Law” na Laboratorium Muzycznych Fuzji dobrze przypomina, jak długo Muse balansują między patosem, elektroniką i kiczem z miną człowieka, który uważa, że gałka „więcej” jest jedyną gałką w studiu. Z kolei relacja Muse w Atlas Arenie w Łodzi pokazuje, że ten zespół od lat myśli o muzyce jak o spektaklu, nie jak o zestawie piosenek do grzecznego odhaczenia.

Riffy, chóry i disco-metal

Otwierające The Dark Forest jest manifestem tej płyty: galopujący puls, elektroniczny bas, smyczki pracujące jak fabryka alarmów, chór o liturgiczno-horrorowym posmaku i gitara, która z prog-metalowych arpeggiów robi mały pożar w kabinie sterowniczej. Harmonicznie utwór opiera się na napięciu między mollową dramaturgią a quasi-filmową modulacyjnością; frazy Bellamy’ego mają w sobie coś z kabaretowo-operowej przesady, ale pod spodem rytm ciągnie całość do przodu jak koń z „Knights of Cydonia”, tyle że po kursie astrofizyki i z gorszym snem. To kosmiczny rock Muse w wersji bez hamulca ręcznego, ale z lepszą selekcją niż na kilku poprzednich orbitach.

Nightshift Superstar robi nagle skręt w stronę disco-funku, jakby Daft Punk, Justice i Muse spotkali się przy automacie z kawą, który zamiast espresso wydaje płonące basy. Chris Wolstenholme wychodzi tu z cienia z linią basu sprężystą, synkopowaną i bezczelnie nośną; perkusja Dominica Howarda nie tylko trzyma groove, ale nadaje mu nerwową pilność. Bellamy śpiewa falsetem, jakby próbował uwieść galaktykę, a orkiestracyjne wstawki nie przeszkadzają tanecznemu rdzeniowi, tylko go podnoszą na wyższy, świecący neonem poziom. To jeden z tych momentów, w których Muse zamiast udawać poważnych panów od wielkich tematów, przypominają, że czasem kosmos można pokonać biodrem.

Shimmering Scars działa inaczej: zaczyna od balladowego fortepianu, ale nie poprzestaje na ładnym smutku w garniturze. Smyczki poszerzają przestrzeń harmoniczną, organowe tło dopowiada sakralny półmrok, a narastające partie gitarowe wprowadzają tremolową iskrę. To numer, w którym emocjonalność Muse nie polega na krzyczeniu „patrzcie, cierpię”, tylko na stopniowym zdejmowaniu warstw z melodii. Refren ma klasyczną, wysoko niesioną kantylenę Bellamy’ego, lecz aranżacja pozostaje gęsta, wielopiętrowa, trochę jak zamek z piasku budowany podczas nalotu meteorytów.

Cryogen jest z kolei ukłonem w stronę fanów spragnionych gitarowego pazura z epoki „Origin of Symmetry” i „Absolution”. Riff jest poszarpany, spiralny, motoryczny; gitara używa tu chromatyk i ciasnych interwałów, które tworzą lodowate napięcie, zgodne z tytułową kriogeniczną metaforą. Sekcja rytmiczna gra ciężko, ale nie topornie: stopa i bas zamykają frazy z mechaniczną precyzją, a końcowe rozwinięcie riffu daje uczucie, że zespół wreszcie pozwolił pomysłowi oddychać. Nie trzeba tu żadnego traktatu o powrocie formy. Wystarczy powiedzieć: kabel podłączony, wzmacniacz żyje, sąsiedzi płaczą.

Breakup album w skafandrze

Najciekawszy paradoks „The Wow! Signal” polega na tym, że im bardziej płyta opowiada o dalekim kosmosie, tym bliżej schodzi do prywatnego bólu. Be With You jest balladą z organowym fundamentem, w której Muse zaglądają do kościelnej akustyki, ale nie po to, by odprawić nabożeństwo za dobry gust, tylko by podkręcić romantyczny patos do skali niemal gospelowej. Elektroniczne pulsowanie i dubstepowe resztki nie brzmią tu jak ciało obce; są raczej jak zakłócenia transmisji między dwiema osobami, które jeszcze próbują się usłyszeć.

Hexagons to centrum ciężkości albumu i najbardziej jawny ukłon w stronę progressive rocka. Metrum 6/4, zapętlona forma, sześciokątna symbolika i rytmiczne przesunięcia sprawiają, że utwór działa jak konstrukcja geometryczna, którą ktoś zbudował z syntezatorów, gitarowego tappingu i nerwowego niepokoju. Bellamy rozgrywa tu partie gitarowe bardziej kontrapunktycznie niż riffowo; pojedyncze motywy nawarstwiają się, odpowiadają sobie, skręcają i wracają, jakby piosenka miała własną orbitę. To Muse najbardziej rozpasane kompozycyjnie, ale też zaskakująco zwarte — niby sześć wymiarów, a jednak da się znaleźć wyjście ewakuacyjne.

The Sickness in You & I idzie w stronę funk-metalowego brudu. Bas jest tłusty, gitara obniżona i agresywna, a rytmika skacze między niemal taneczną sprężystością a cięższymi, djentowymi załamaniami. W refrenie pojawia się typowa dla Muse melodyjna szerokość, ale zwrotki mają bardziej toksyczny, cielesny charakter. To numer, który nie może się zdecydować, czy chce być seksowny, wściekły, czy chory — i właśnie dlatego działa. Unravelling dopowiada ten wątek bardziej zwartą, stadionowo-hymniczną formą: ciężar gitar łączy się z prostszym, chwytliwym refrenem, a produkcja eksponuje warstwowanie wokali i syntezatorowy cień.

Hush, z udziałem Ellie Goulding, to ryzykowny punkt programu, bo popowy duet w świecie Muse łatwo mógłby skończyć jak brokat na czołgu. Tym razem kontrast wokalny działa: Goulding wnosi chłodniejszą, bardziej świetlistą barwę, a Bellamy zostaje przy swojej dramatycznej wysokości. Riff otwierający ma niemal stadionową prostotę, później aranżacja gęstnieje, a refren wpada w ucho z niepokojącą łatwością. Ten utwór nie jest najbardziej subtelny na płycie, ale subtelność u Muse bywa jak sałatka na grillu — miło, że istnieje, lecz nikt po nią pierwszy nie przyszedł.

Finałowe Space Debris zamyka płytę w sposób najczystszy emocjonalnie. Smyczki, przestrzeń, wolniejsze narastanie i delikatnie kołysząca rytmika tworzą obraz dryfowania, w którym kosmiczne szczątki stają się metaforą relacji po rozpadzie. To nie jest finał z fajerwerkami, raczej z widokiem na zimne światło za oknem. Produkcyjnie utwór zostawia więcej powietrza niż większość albumu, dzięki czemu melancholia nie ginie pod warstwą orkiestralnego lukru. Muse potrafią tu zrobić rzecz rzadką: nadal grają wielko, ale nie muszą wszystkiego krzyczeć.

Ściana dźwięku z oknem na próżnię

Największą siłą albumu jest produkcja dźwięku, która wreszcie porządkuje muse’ową skłonność do nadmiaru. Miks jest gęsty, lecz nie zawsze zalepiony; bas Wolstenholme’a częściej wychodzi na pierwszy plan, perkusja Howarda ma bardziej organiczny atak, a partie orkiestry i chóru nie są wyłącznie dekoracją z katalogu „epickie rzeczy do epickich spraw”. W The Dark Forest, Nightshift Superstar, Shimmering Scars i Space Debris smyczki oraz chór działają jak aktywny element dramaturgii, a nie jak tapeta dla ludzi, którzy boją się ciszy.

Mastering zachowuje stadionową energię, ale nie miażdży wszystkich detali na placek. Słychać programowanie perkusji, elektroniczne szwy, drobne pogłosy wokalne i kontrasty między partiami gitar a syntezatorami. Dan Lancaster i Aleks Von Korff pomagają zespołowi nie tyle odmłodnieć, ile przypomnieć sobie, że eksperyment może być czymś więcej niż zmianą koloru kurtki. „The Wow! Signal” jest płytą maksymalistyczną, ale nie bezkształtną; teatralną, ale rzadziej niż ostatnio wpadającą w autoparodię. To nadal rzecz dla ludzi, którym nie przeszkadza, że w jednej piosence mogą spotkać się prog-metal, organ, disco, latynosko brzmiący dramat chóralny, sci-fi i złamane serce. Czyli, krótko mówiąc, dla ludzi odpornych na normalność.

Muse wraca z kosmosu

„The Wow! Signal” nie wywraca współczesnej sceny rockowej do góry nogami, ale przypomina, że mainstreamowy rock alternatywny może jeszcze brzmieć jak wielkie, dziwaczne wydarzenie, a nie jak załącznik do kampanii reklamowej. Dla stałych fanów to album z wyraźnymi odwołaniami do najlepszych okresów Muse: ostrzejsze riffy, wielkie refreny, kosmiczna symbolika, fortepianowy melodramat i progresywne ambicje. Dla nowych słuchaczy może być wejściem przez drzwi obite aksamitem i blachą, bo płyta jest efektowna, chwytliwa i momentami bezczelnie melodyjna. Krytycy znajdą tu nadmiar, kicz i teatralność — czyli dokładnie te rzeczy, które u Muse od zawsze są jednocześnie wadą, paliwem i dowodem osobistym.

Najważniejsze, że Muse na „The Wow! Signal” brzmią nie jak zespół próbujący odtworzyć dawną wielkość, lecz jak trio, które znów odnalazło powód, by przesadzić z sensem. Kosmos jest tu kostiumem, lecz pod kostiumem bije dość ludzkie serce: poranione, emfatyczne, czasem śmieszne, czasem wzruszające, a czasem tak napompowane, że powinno mieć własny numer katalogowy NASA. I dobrze. Bo kiedy Muse robią „trochę mniej”, zwykle robi się nijako. Kiedy robią „za dużo”, przynajmniej wiadomo, że gdzieś leci iskra.

Więcej o zespole można znaleźć na oficjalnej stronie Muse, a album dostępny jest również przez oficjalny smartlink „The Wow! Signal”. Kontekst tytułowego sygnału warto uzupełnić przez materiały naukowe i popularyzatorskie dotyczące zagadki Wow! Signal.

Posłuchaj albumu „The Wow! Signal” Muse

Muse – The Wow! Signal
Muse – The Wow! Signal
UTWORY: 1. The Dark Forest, 2. Nightshift Superstar, 3. Shimmering Scars, 4. Cryogen, 5. Be With You, 6. Hexagons, 7. The Sickness in You & I, 8. Unravelling, 9. Hush feat. Ellie Goulding, 10. Space Debris. SKŁAD: Matt Bellamy / wokal, gitara, instrumenty klawiszowe, fortepian, aranżacje chóralne i orkiestracje, Chris Wolstenholme / bas, chórki, produkcja, inżynieria dźwięku, Dominic Howard / perkusja, instrumenty perkusyjne, programowanie perkusji. Gościnnie: Ellie Goulding / wokal w Hush. PRODUKCJA: Album nagrywano w latach 2025–2026, m.in. w Abbey Road Studios w Londynie, The Red Room w Santa Monica oraz First Congregational Church of Los Angeles. Produkcja: Muse, Dan Lancaster i Aleks Von Korff. Dan Lancaster odpowiadał za produkcję większości materiału, dodatkowe programowanie, miks i mastering wybranych utworów; Aleks Von Korff produkował m.in. The Dark Forest i Hexagons; mastering większości albumu wykonał Chris Gehringer. W nagraniach udział wzięli także London Metropolitan Orchestra oraz Crouch End Festival Chorus. WYDANIE: „The Wow! Signal” ukazał się 26 czerwca 2026 roku nakładem Warner Records / Helium-3. To dziesiąty album studyjny Muse.
KONCEPT
9
WYKONANIE
9
PRODUKCJA
7.8
PRZEBOJOWOŚĆ
8
MELODIE
8.1
EMOCJONALNOŚĆ
8.9
INNOWACYJNOŚĆ
8.2
SIŁA PRZEKAZU
8.3
SPÓJNOŚĆ
9.1
EFEKT UZALEŻNIENIA
7.9
TEKSTY
7
OCENA CZYTELNIKÓW1 Vote
9.9
8.3
OCENA
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.