
Koło liry korbowej mieli jeden szorstki, ciągły dźwięk, a Agata Szpalik śpiewa nad nim bez pomocy perkusji, gitar, fortepianu i całej tej stylistycznej maszynerii, którą Przesilenie przez większą część Kołowrotu uruchamia z wyraźną przyjemnością. Mamo miejsce zrób trwa niewiele ponad trzy minuty i brzmi tak, jakby ktoś nagle wyłączył prąd w sali prób, zostawił tylko najstarszy instrument w pomieszczeniu i odkrył, że właśnie wtedy zespół staje się najbardziej rozpoznawalny. Nie najbardziej „folkowy”. Rozpoznawalny.
To trochę bezczelne ze strony jedenastego utworu, bo wcześniej Kołowrót ciężko pracuje na swoją wielogatunkowość: metalowe riffy napierają na ludowe melodie, fortepian co jakiś czas wymyka się w jazzową boczną uliczkę, biały śpiew przecina gęstsze aranżacje, bas próbuje zachować własną linię życia, a lira korbowa pojawia się rzadziej, niż chciałoby się po pierwszym spotkaniu z jej chropowatym brzmieniem. Potem przychodzą trzy minuty głosu i mechanicznie obracanego koła. Cała ta muzyczna infrastruktura zostaje na chwilę za drzwiami.
I właśnie przez ten brak — przez nagłe odsłonięcie rdzenia — lepiej słychać, z czym Przesilenie zmaga się na swoim debiucie. Określenie „folk połączony z metalem progresywnym i jazzem” jest prawdziwe, a zarazem prawie niczego nie wyjaśnia. Na Kołowrocie liczy się raczej to, czy po spotkaniu tych języków któryś z nich zaczyna mówić inaczej. Czasem tak się dzieje. Czasem metal pozostaje metalem, jazz jazzem, a pieśń ludowa stoi pośrodku i patrzy, jak goście wymieniają wizytówki. Najlepsze fragmenty albumu zaczynają się tam, gdzie te wizytówki przestają być potrzebne.
Agata Szpalik bierze melodie oraz teksty zakorzenione w tradycji ludowej, dokłada własne kompozycje, wykorzystuje biały śpiew, chórki i lirę korbową, po czym wpuszcza do środka gitarę elektryczną, bas, perkusję i klawisze mające zadziwiająco słabą odporność na pokusę jazzowania. Polski folk metal ma przecież własną historię i własne przyzwyczajenia; na LMF pisaliśmy o nich choćby przy okazji Percival Schuttenbach i albumu Mniejsze zło. Przesilenie ustawia jednak akcent trochę inaczej. Ciężka gitara nie zajmuje tu całego parteru, instrumentarium tradycyjne nie otrzymuje stałej roli etnograficznego certyfikatu autentyczności, a fortepian potrafi nagle przesunąć utwór w stronę, której folk-metalowy GPS zwyczajnie nie przewidział.
Dramaturgia pieśni
W Uśnijże mi, uśnij jazzujące figury fortepianu wbite między cięższe partie gitarowe powodują osobliwe rozchwianie nastroju. Riff chce dociskać, głos utrzymuje niepokój, klawisze zaczynają natomiast komentować sytuację z boku, trochę jak muzyk, który przez pomyłkę wszedł na próbę metalowego zespołu i po pięciu minutach wszyscy uznali, że już zostaje. Daje to muzyce ruch wewnętrzny. Zamiast jednego rodzaju grozy dostajemy kilka temperatur naraz.
Zakukała przesuwa granicę dalej. Fortepian staje się miększy, gitara również traci część metalowej kanciastości, a całość zahacza o łagodniejszy jazz-rock i chwilami niemal smoothjazzową płynność. Tu moje zainteresowanie miesza się już z oporem. Folkowy rdzeń robi się mniej wyrazisty, kolejne idiomy zaczynają funkcjonować bardziej jak sąsiadujące pokoje. Można przechodzić między nimi bez problemu, tylko architektura domu pozostaje widoczna.
Sam pomysł zderzenia improwizacyjno-jazzowego języka z tradycją jest wdzięczny; LMF przyglądało się podobnemu tarciu choćby przy projekcie Macieja Fortuny wykorzystującym dudy wielkopolskie w jazzowym otoczeniu. Na Kołowrocie fortepian Antoniny Kocińskiej raz naprawdę przestawia meble w ludowej izbie, innym razem po prostu stawia w niej nową lampę. Album zyskuje najwięcej tam, gdzie jazz zmienia dramaturgię pieśni, a nie jedynie kolor jej powierzchni.
Sowa: głos przed ścianą gitar
Inaczej pracuje Sowa. Biały głos Szpalik jest tu twardy, frontalny, pozbawiony wygodnej studyjnej poduszki. Obok pojawia się lira korbowa, perkusja oraz odgłosy ptaków, a refren początkowo zostaje podany oszczędnie. Kiedy później wchodzi mocniejsza gitara, nie dostajemy banalnego mechanizmu „cicho–głośno”. Ta sama fraza zwiększa masę, zmienia skalę i z czegoś niemal obrzędowego przechodzi w szeroką, rockową kulminację.
Głos Szpalik prowadzi na tej płycie dramaturgię równie często jak gitara i sekcja rytmiczna. Chórki nie są tylko tłem: rozszerzają melodię, potrafią nadać jej patos, chwilami niemal symfoniczną objętość, a potem ustąpić miejsca pojedynczej frazie. Również warstwa słowna lubi podsuwać prosty, ludowy obraz, by w końcowym wersie zmienić jego emocjonalny ciężar. W Sowie i Hej, dziewczyno! ta literacka przewrotność współpracuje z aranżacją, zamiast funkcjonować obok niej.
Produkcja pomaga w tych wielowarstwowych fragmentach. Bas pozostaje czytelny pod gitarą, chórki zachowują kontur, fortepian nie tonie pod sekcją, a głos Szpalik nie zostaje spłaszczony do roli jeszcze jednego pasma w ścianie dźwięku. Przy muzyce, która ochoczo zbiera style jak ktoś, kto wszedł do sklepu muzycznego bez listy zakupów, taka przejrzystość jest właściwie warunkiem przeżycia.
Bas, chórki i ruch wewnątrz pieśni
Wieją wiatry zaczynają się delikatnie – fortepianem i spokojniejszym głosem – a późniejsze wejście zespołu wyciąga na powierzchnię bas Dawida Staweckiego i stopniowo zagęszcza fakturę. Końcówka ma znacznie większy ciężar niż początek, chórki poszerzają plan, gitara dokłada skalę i utwór przechodzi drogę, której początkowa kameralność wcale nie zapowiadała. Progresywność Przesilenia częściej polega właśnie na takim przebudowywaniu funkcji niż na mnożeniu minut.
W Hej, dziewczyno! lira korbowa ustawia kolor wejścia, po czym gitara zaczyna grać bardziej poszarpanymi figurami, puls traci oczywistą regularność, pojawia się miejsce na solową wypowiedź i krótkie instrumentalne zwarcie. Utwór trwa niewiele ponad trzy minuty, a zdąża kilka razy przestawić własny środek ciężkości. To cenna informacja o tym zespole: rozbudowanie nie musi u niego oznaczać rozciągnięcia.
Oj chmielu pokazuje jeszcze inną relację. Bas porusza się wyraźnie pod głosem, refren otwiera przestrzeń na bardziej folkową ekspresję wokalną, a końcowe partie białego śpiewu zmieniają temperaturę całości bardziej skutecznie niż kolejna gitarowa warstwa mogłaby ją zmienić. Przesilenie ma więc instrumentarium pozwalające na monumentalność, lecz często lepiej działa moment, kiedy ktoś świadomie czegoś nie dogrywa.
Mamo miejsce zrób: dwie warstwy wystarczą
Po całej tej stylistycznej krzątaninie przychodzi Mamo miejsce zrób. Zostają głos i lira korbowa. Tyle. Żadnej obowiązkowej sekcji rytmicznej, żadnej gitarowej argumentacji, żadnego fortepianu próbującego przekonać pieśń ludową do późnego wieczoru w klubie jazzowym. Barwa liry tworzy ciągłe, szorstkie tło, a wokal może nad nim pracować artykulacją, melodią i napięciem bez konkurencji ze strony reszty zespołu.
To dla Kołowrotu dość niewygodny moment, bo jeden z najbardziej przekonujących fragmentów albumu powstaje przy minimalnej liczbie środków. Nie podważa to całej idei fuzji. Raczej ustawia jej poprzeczkę. Jeśli pięć instrumentów ma powiedzieć więcej niż dwa, ich spotkanie musi mieć konsekwencję dla muzyki, a nie wyłącznie zwiększać liczbę dostępnych barw. W duecie głosu z lirą słychać tożsamość Przesilenia w postaci niemal nierozcieńczonej.
Mara dochodzi do podobnej intensywności inną drogą. Gitara wprowadza nerwową, lekko drażniącą figurę, pod którą bas utrzymuje napięcie bez przesadnego zagęszczania przestrzeni. Tutaj muzyka współczesna nie potrzebuje demonstracyjnego znaku „folk” przy każdej frazie. Wokal i sposób budowania melodii wystarczają, by materiał nie utracił związku z resztą albumu.
Z kolei Zaświeć niesiądzu rozwija bardziej senną, miękką przestrzeń, pozostawiając miejsce na gitarową solówkę i spokojniejsze prowadzenie głosu. Takie fragmenty przydają albumowi oddechu, choć pośród dwunastu kompozycji czasem czuć, że Przesilenie sprawdza jeszcze, które z odkrytych drzwi prowadzą do własnego pokoju, a które po prostu do bardzo interesującego korytarza.
Tytułowy Kołowrót
Finałowa kompozycja zbiera kilka języków naraz. Gitara dostaje bardziej klasycznie heavy-metalowy napęd, klawisze znów przesuwają harmonię w jazzowo-soulowy rejon, a nad nimi wraca wokalna fraza związana z ludowym sposobem prowadzenia melodii. To właściwie model płyty pomniejszony do niespełna sześciu minut: elementy krążą, zamieniają się miejscami, przez chwilę jeden przejmuje ster, za moment inny próbuje mu go odebrać.
Koncepcja cyklu natury, tradycji przenikającej teraźniejszość i tytułowego ruchu po okręgu ma więc słyszalny odpowiednik także poza tekstami oraz symboliką okładki. Kilka utworów przechodzi od odsłoniętego głosu do pełnego zespołu, od kameralności do ciężaru, od melodii niesionej niemal nagą frazą do szerokiego chóru i gitary. Kołowrót nie zamienia tej idei w perfekcyjnie zamknięty album koncepcyjny. Zostawia boczne odnogi, jazzowe wycieczki, chwilami nadmiar pomysłów. Debiut może sobie na taką zachłanność pozwolić, szczególnie gdy za kolejną stylistyczną zmianą rzeczywiście coś słychać.
Najmniej przekonują mnie miejsca, w których jazzowy gest, metalowy riff i ludowa melodia ustawiają się obok siebie i pozostają dokładnie tym, czym były przed spotkaniem. Znacznie ciekawsze są chwile, gdy jedna estetyka psuje wygodę drugiej: fortepian odbiera riffowi oczywistość, biały głos zmienia proporcje rockowej kulminacji, bas odciąga uwagę od gitary, a lira korbowa nagle okazuje się wystarczającym zespołem dla jednego głosu.
Nie chciałbym więc, by Przesilenie na następnej płycie „wybrało kierunek” i grzecznie wyrzuciło z walizki połowę rzeczy. Przydałaby się raczej ostrzejsza selekcja samych spotkań: mniej gatunków funkcjonujących jako wizytówki, więcej sytuacji, w których po zetknięciu nie mogą już wrócić do poprzedniej postaci. Kołowrót jest bardzo dobrym debiutem właśnie dlatego, że własny język już kilkakrotnie się tu pojawia, choć zespół nie udaje jeszcze, że nauczył się nim mówić bez akcentu. A kiedy w Mamo miejsce zrób zostają wyłącznie lira i głos, słychać również, że czasem wystarczą dwa słowa.



