
Broń, która nigdy się nie zacina
The HU mają problem, za który większość zespołów oddałaby połowę dyskografii. Ich najbardziej rozpoznawalny ruch nadal działa. Niskie uderzenie bębna. Gardłowy głos. Morin khuur wpadający w riff tak naturalnie, jakby ciężki metal od początku czekał właśnie na ten instrument. Potem zbiorowy okrzyk i już wiadomo, co zrobi publiczność.
Na debiucie taki zestaw otwierał drzwi. Na „Rumble of Thunder” udowadniał, że zespół nie zniknie wraz z pierwszą falą internetowego zachwytu. „HUN” musi wykonać trudniejsze zadanie: przestać korzystać z własnej oryginalności jak z przepustki i zacząć traktować ją jak warsztat.
Trzeci album The HU nie przynosi rewolucji. Przynosi kontrolę. Czasami imponującą. Czasami podejrzanie wygodną.
Warrior Chant rusza bez ceremonii. Rytm nie wprowadza słuchacza do świata płyty, tylko wciąga go za kołnierz. Krótkie frazy wokalne pracują jak dodatkowa perkusja, a kolejne warstwy nie komplikują utworu, lecz zwiększają jego nacisk. Zespół wie, że nie każda siła wymaga rozpędu. Czasem wystarczy postawić ciężar w odpowiednim miejscu i nie pozwolić mu się przesunąć.
To stary mechanizm The HU, ale wykonany bez śladu zmęczenia. Nie brzmi jak odtworzenie firmowego numeru. Brzmi jak demonstracja, dlaczego ten numer stał się firmowy.
Tytuł albumu odwołuje się do człowieka, wspólnoty i doświadczeń mających przekraczać granice języka. Wielkie słowa. Muzyka szybko sprowadza je na ziemię. „HUN” nie przekonuje abstrakcyjnym konceptem. Przekonuje pulsem, artykulacją i sposobem, w jaki tradycyjne instrumenty wchodzą w zwarcie z rockową sekcją.
Rytm nie potrzebuje tłumacza.
Galop to nie dekoracja
Horsemen jest najlepszym dowodem, że w muzyce The HU koń nie służy do pozowania na okładce. Perkusja ustawia galop, bas przytwierdza go do podłoża, a morin khuur nie ozdabia riffu, lecz staje się jego równorzędnym głosem. Smyczkowa fraza ma ostrość gitary prowadzącej, ale inaczej rozkłada akcenty. Dzięki temu utwór nie brzmi jak zachodni metal przebrany w mongolski strój.
Brzmi jak muzyka, która wyrosła z innego rozumienia ruchu.
Najlepsze kompozycje na „HUN” działają właśnie w ten sposób. Nie proszą tradycji o klimat. Dają jej pracę do wykonania. W The Men niskie partie instrumentów strunowych wzmacniają riff, głosy zagęszczają rytm, a prosty refren ma ciężar zbiorowej deklaracji. Niewiele tu harmonicznych niespodzianek. Nie są potrzebne. Utwór trzyma się na sposobie, w jaki kolejne elementy pchają ten sam motyw.
Shadow jest bardziej nerwowy. Główny riff uderza krótko, bez rozbiegu, a wokal przecina go zamiast płynąć ponad nim. Zespół zbliża się do industrialnego rocka, lecz nie oddaje mu kierownicy. Elektronika i nowoczesna gitara wzmacniają nacisk, podczas gdy tradycyjne barwy zachowują własną funkcję.
Podobnie zachowuje się Grey Hun. Puls jest sprężysty, niemal taneczny, ale ciężar nie znika. Utwór nie maszeruje. Odbija się od ziemi i wraca z kolejnym uderzeniem. Refren wpada w pamięć dlatego, że wyrasta z rytmu, a nie dlatego, że producent przykleił do niego fluorescencyjną karteczkę z napisem „singiel”.
The Real You pokazuje wpływ Iron Maiden wyraźniej niż jakakolwiek deklaracja prasowa. Nie chodzi wyłącznie o galop. Melodia rozdziela się na równoległe linie, które wzajemnie się podbijają, a morin khuur przejmuje rolę przypominającą klasyczny dialog dwóch gitar prowadzących. The HU nie kopiują The Trooper. Biorą konstrukcję ruchu i przepuszczają ją przez własny aparat wykonawczy.
Kontakt z Iron Maiden zostawił więc coś więcej niż wspólne zdjęcia i koncertowe wspomnienia. Wpłynął na sposób budowania utworu. Czytelników zainteresowanych historią tego metalowego języka odsyłam do tekstu „Iron Maiden. Run to the Hills. Oficjalna biografia”.
Amerykański refren w mongolskim pancerzu
Potem pojawia się Lost Soul i ktoś zapala wszystkie światła w hali.
Jonny Hawkins z Nothing More wchodzi do utworu z głosem przygotowanym na wielki refren, duży ekran i ostatni rząd trybun. Wie, kiedy podnieść ton, kiedy zrobić miejsce na odpowiedź i jak dostarczyć frazę, którą publiczność zapamięta przed końcem pierwszego odsłuchu. The HU odpowiadają gardłowym śpiewem, a kontrast między głosami rzeczywiście ma siłę.
Problem leży niżej.
Elektronika porządkuje przestrzeń, perkusja dostaje radiową dyscyplinę, a napięcie rozwija się dokładnie według instrukcji współczesnego arena rocka. Zwrotka. Podniesienie. Refren. Cofnięcie. Ponowny refren. Wszystko trafia na miejsce.
Zbyt grzecznie.
Lost Soul nie jest złym utworem. Przeciwnie: ma melodię, tempo i sprawnie rozegrany dialog wokalny. Jest jednak pierwszym momentem na płycie, w którym The HU zaczynają objaśniać własną muzykę zachodniemu odbiorcy. Tradycyjne instrumenty pozostają obecne, lecz ich zadaniem staje się potwierdzenie tożsamości zespołu, a nie kształtowanie kompozycji.
To subtelna różnica. Słychać ją natychmiast.
Na Horsemen morin khuur zmienia sposób, w jaki utwór biegnie. W Lost Soul przypomina, kto ten utwór nagrał.
Współpraca z Hawkinsem może otworzyć The HU kolejne drzwi i nie ma sensu udawać, że komunikatywny refren jest artystycznym przestępstwem. Zespół od dawna celuje w duże sceny. Sam deklaruje chęć rozbudowy koncertowej produkcji i grania w większych obiektach. „HUN” brzmi chwilami jak projekt takiego widowiska: są miejsca na chóralne odpowiedzi, szerokie wejścia i gesty czytelne z odległości kilkudziesięciu metrów.
Stadion nie jest problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy utwór zachowuje się jak próba oświetlenia stadionu, zanim ktokolwiek wszedł na boisko.
Wszystko uderza. Nie wszystko się porusza
Miks Chrisa Lord-Alge’a jest potężny, uporządkowany i niemal bezlitosny w swojej czytelności. Każdy bęben ma wyraźny kontur. Gardłowe głosy pozostają zrozumiałe nawet wtedy, gdy wchodzą chóry i gitary. Morin khuur nie ginie w środku pasma. Płyta brzmi drogo, szeroko i profesjonalnie.
Właśnie dlatego jej ograniczenia słychać tak dobrze.
W kilku kompozycjach pierwszy duży refren osiąga niemal maksymalny rozmiar brzmienia. Dalej można powtarzać, dokładać głosy i podnosić intensywność wykonania, lecz nie ma już dokąd naprawdę rosnąć. Produkcja daje The HU mur. Nie zawsze daje im drogę.
Universe próbuje rozwiązać ten problem długością. Osiem minut i czterdzieści trzy sekundy przynosi spokojny początek, stopniowe zagęszczenie oraz ciężką kulminację. Pierwsze minuty są obiecujące, bo zespół zostawia między dźwiękami miejsce. Frazy krążą, perkusja nie wymusza natychmiastowego marszu, a melodia może narastać bez obowiązku szybkiego dotarcia do refrenu.
Później kompozycja zaczyna mylić wielkość z masą.
Riffy stają się cięższe, warstwy szersze, głosy bardziej uroczyste. Sam układ napięć zmienia się jednak zbyt mało. Utwór dochodzi do mocnego finału, ale część drogi pokonuje po terenie, który zdążyliśmy już zobaczyć. Długi numer nie staje się epicki przez sam fakt, że odmawia zakończenia.
Metallica od lat zmaga się z podobnym odruchem: dobry motyw zostaje rozciągnięty, ponieważ rozmiar ma potwierdzić jego znaczenie. Pisaliśmy o tym szerzej przy okazji albumu „72 Seasons”. The HU mają przewagę w postaci niepowtarzalnej barwy, ale barwa również potrzebuje dramaturgii.
Greed radzi sobie lepiej, choć nie jest tak efektowny. Zmiany gęstości, wokalne odpowiedzi i mocniejsze wyeksponowanie melodii sprawiają, że kompozycja oddycha. Poszczególne warstwy nie tylko zwiększają głośność. Zmieniają wzajemne pozycje.
Największym zaskoczeniem pozostaje jednak Echoes of My Father. The HU zdejmują tu część pancerza. Tempo opada, instrumenty dostają więcej przestrzeni, a głos przestaje wydawać komendy. Zaczyna nieść pamięć.
Nie potrzeba wielkiego finału. Melodia morin khuur wystarcza, aby utrzymać emocjonalne napięcie, a sześciominutowy czas trwania nie ciąży tak jak rozbudowana forma Universe. Utwór rozwija się wolniej, lecz wie, czego szuka. Smutek nie zostaje dopompowany do rozmiarów koncertowej dekoracji.
Na płycie pełnej pieśni o sile właśnie ten bardziej powściągliwy fragment brzmi najpewniej.
The HU nie muszą już niczego tłumaczyć
Zamykający Second Face przynosi lżejszy krok, skoczny puls i refren gotowy do przejęcia przez publiczność. Po ciężarze Universe działa jak gwałtowne otwarcie drzwi. Nie rozwiązuje głównego sporu albumu, ale pozwala zakończyć go w ruchu.
„HUN” jest najlepszy wtedy, gdy The HU nie zastanawiają się, jak ich muzyka zostanie odczytana poza Mongolią. Horsemen, The Men, Shadow i Echoes of My Father nie proszą słuchacza o zachwyt nad kulturową fuzją. Po prostu wykorzystują dostępne środki i budują z nich utwory, których nikt inny nie mógłby nagrać w identyczny sposób.
Słabsze momenty pojawiają się wtedy, gdy zespół próbuje własną odrębność przetłumaczyć na język stadionowego rocka. Lost Soul jest sprawnym singlem, ale zbyt dobrze zna oczekiwania rynku. Universe ma ambicję, ale nie zawsze ma ruch. Kilka refrenów zostało zaprojektowanych bardziej pod reakcję tłumu niż pod wewnętrzną logikę kompozycji.
Nie przekreśla to albumu. „HUN” pozostaje mocnym, dobrze wykonanym i natychmiast rozpoznawalnym materiałem. Pokazuje zespół sprawniejszy, bardziej świadomy formy i coraz pewniej korzystający z doświadczeń wyniesionych ze wspólnych tras z gigantami metalu.
Pokazuje również moment, w którym rozwój może zmienić się w tresurę.
The HU nie muszą wybierać między Mongolią a światowym rockiem. Muszą jedynie przestać tłumaczyć światu, dlaczego brzmią właśnie tak. Gdy grają bez tego odruchu, „HUN” nie potrzebuje ani legendy o stepie, ani rekomendacji Metalliki, ani patronatu Iron Maiden.
Potrzebuje jednego uderzenia bębna.
I znowu działa.



