Kasabian – Act III
Kasabian – Act III

Kasabian – Act III

Kasabian – Act III
Kasabian – Act III

Kasabian dawno nie potrzebowało wspólnego zdjęcia na okładce. Teraz czterech facetów znowu patrzy prosto w obiektyw. Bez kostiumu z „West Ryder Pauper Lunatic Asylum”, bez typograficznych wygibasów, bez obrazu mającego za zespół opowiadać dodatkową historię. Serge Pizzorno, Chris Edwards, Ian Matthews i Tim Carter. Aktualny stan posiadania.

Na płycie nazwanej „Act III” taki gest trudno potraktować wyłącznie jako decyzję grafika. Po odejściu Toma Meighana Kasabian przez kilka lat żyło w osobliwej sytuacji: zespół istniał, koncertował, wydawał płyty, a w każdej rozmowie unosiło się pytanie, czy to już pełnoprawne Kasabian, czy nadal Kasabian po czymś. „The Alchemist’s Euphoria” zanurkowało głębiej w elektronikę. „Happenings” było szybsze, jaśniejsze i momentami aż przesadnie chętne do natychmiastowego polubienia. „Act III” sprawia wrażenie płyty nagranej przez ludzi zmęczonych koniecznością przedstawiania się przy każdym wejściu do pokoju.

Tyle że Pizzorno sam włożył temu albumowi do kieszeni kolejny dowód osobisty. W wywiadzie dla NME mówił o „DNA Kasabian”, powrocie gitar i sześciu latach układających się w małą operę. Oficjalny sklep przedstawia materiał jako dziesięć gitarowych, psychodelicznych piosenek popowych przedzielonych trzema interludiami. Wszystko ma swoje miejsce, podpis i rolę w trzecim akcie.

W słuchawkach porządek szybko się trochę rozłazi. Z korzyścią dla płyty.

Stare odruchy w nowych ubraniach

Soulmate wchodzi po krótkim Quiet on Set Please 1m9 jak ktoś, kto nie zamierza zaczynać spotkania od prezentacji PowerPointa. Bas jest brudny, dół ciężki, gitara ma ciemny nalot, a Pizzorno układa sylaby bardziej rytmicznie niż melodyjnie. Rozpoznawalność przychodzi błyskawicznie. Nie trzeba nawet przywoływać Club Foot; pamięć sama wykonuje tę pracę.

Najbardziej lubię tu sposób, w jaki zespół obchodzi się ze swoją historią. Stare Kasabian wraca jako nawyk mięśniowy. Sekcja wie, jak wyprodukować ten charakterystyczny półrockowy, półklubowy napór, w którym gitara nie stoi ponad elektroniką, a bas nie zadowala się rolą grzecznego fundamentu. To nadal jest fizyczna muzyka. Przed refrenem ciało wie więcej niż analiza.

Pod tym względem Kasabian zawsze stało trochę bokiem do brytyjskiej gitarowej genealogii. W dyskusjach o rocku stadionowym chętnie lądują obok Oasis czy Muse, lecz ich najlepsze nagrania mają pamięć klubową. Riff może być wielki, tylko ktoś pod nim zwykle zostawił otwarte drzwi do rave’u. Na Laboratorium przy okazji tekstu o dwóch językach brytyjskiego rocka – Radiohead i Muse pojawia się bardzo użyteczne rozróżnienie pomiędzy muzyką, która napięcie komplikuje, a muzyką, która chce je powiększyć. Kasabian od dawna robi jeszcze coś trzeciego: próbuje sprawdzić, czy przy tym napięciu da się tańczyć.

Hippie Sunshine jest już dużo bardziej słoneczne, prawie bezczelnie wakacyjne. Psychodeliczny filtr przesuwa gitarę lekko poza ostrość, melodia otwiera refren, rytm nie pozwala piosence zanadto się rozmarzyć. Wiem, gdzie ten utwór mieszka. Na otwartym terenie, między sceną a pierwszym rzędem, najlepiej około dziewiątej wieczorem, kiedy niebo jeszcze nie zdecydowało, czy jest dniem, czy nocą.

To nie zarzut. Piosenki koncertowe nie są gatunkiem niższej kategorii. Kasabian ma wyjątkowo stare doświadczenie w pisaniu numerów, które przy większej publiczności rosną zamiast rozpuszczać się w pogłosie. W kontekście dyskusji o powrocie części artystów do mniejszych sal jest wręcz zabawne, jak bardzo Pizzorno nadal wierzy w tłum. Nie anonimową masę z transmisji, tylko kilkadziesiąt tysięcy ludzi mogących w jednym momencie krzyknąć tę samą melodię.

Jego muzyka potrzebuje tego zbiorowego odruchu. Czasem aż za bardzo.

Superpowers ma wyprasowaną koszulę

Superpowers brzmi jak utwór, który przyszedł na nagranie dziesięć minut wcześniej, uczesał się przed lustrem i jeszcze zdążył sprawdzić, z której strony kamera łapie korzystniejszy profil.

G-funkowy posmak, syntezatorowe ślizgi, lekko Gorillazowe kołysanie, głos Pizzorno przeskakujący między śpiewem a rytmiczną deklamacją. Na papierze trudno się przyczepić. Sam zespół od lat miesza te składniki. Mimo to mam wrażenie obcowania z piosenką, która za wcześnie dowiedziała się, do czego ma służyć.

Słychać projekt singla. Miejsce na hook jest zaznaczone grubym flamastrem, produkcja nie zostawia odstającej nitki, wszystko szybko przechodzi do następnego punktu. Po dwóch minutach i pięćdziesięciu trzech sekundach numer grzecznie oddaje identyfikator przy wyjściu.

Ten rodzaj wypolerowanej skuteczności znamy również z bardziej stadionowych okresów Muse. W naszej starej recenzji „The 2nd Law” nadmiar był niemal częścią konstrukcji zespołu: skoro coś można powiększyć, zapewne za moment zostanie powiększone. Kasabian częściej interesuje kompresja. Pomysł musi zmieścić się przed następnym pomysłem. „Act III” trwa około trzydziestu dwóch minut, więc czasu na wałęsanie się po studiu rzeczywiście nie przewidziano.

Sam fakt, że album przed premierą wrócił jeszcze na chwilę do poprawek i ostatecznie ukazał się 4 września zamiast w lipcu, pasuje do jego temperamentu. Pizzorno i spółka chcieli wypuścić rzecz gotową. Dopieszczoną. Zamkniętą. Oficjalne wydanie „Act III” wygląda zresztą jak pełnoprawne wejście nowego rozdziału: winyle w kilku wariantach, podpisane wkładki, konkretna oprawa. Album współczesnego dużego zespołu istnieje dzisiaj także jako zestaw przedmiotów, obrazów i wersji kolekcjonerskich.

Superpowers jest muzycznym odpowiednikiem jednej z tych idealnie przyciętych wersji. Wolę, gdy coś wystaje.

Frontman wyszedł z bocznej kieszeni

Na środku płyty siedzi Great Pretender. Nie trzeba znać promocyjnych wypowiedzi Pizzorno, żeby poczuć, że ten utwór zahacza o coś bardziej osobistego niż kolejne ćwiczenie z wielkiego refrenu. Jego głos ma tu ciekawą podwójność. Melodia rośnie, aranżacja przygotowuje miejsce dla tłumu, a sam wokal nie brzmi jak głos człowieka całkowicie pewnego własnej scenicznej skóry.

Pizzorno mówił otwarcie o syndromie impostora. W jego przypadku ta modna i trochę już zużyta psychologiczna etykietka ma bardzo konkretny wymiar. Przez lata był człowiekiem piszącym znaczną część repertuaru, grającym na gitarze, budującym dźwięk Kasabian. Potem przesunięto go o kilka metrów do przodu.

Niby drobiazg. Spróbujcie jednak przez dwadzieścia lat chodzić bocznym wejściem, a następnie któregoś dnia dostać polecenie, żeby otworzyć główne drzwi i jeszcze przy okazji zabawić osiemdziesiąt tysięcy osób.

Great Pretender słyszę przede wszystkim jako piosenkę o wykonywaniu pewności siebie. To ciekawsze od samego wyznania „czasami w siebie wątpię”. Każdy frontman dużej grupy w jakimś stopniu wykonuje na scenie powiększoną wersję własnej osobowości. Pizzorno sam przyznaje, że prywatnie chętnie siedziałby z notatnikiem, budował pętle i szukał kolejnego dziwnego syntezatora. Człowiek mający wyjść do stadionu jest kimś, kogo trzeba w sobie uruchomić.

W refrenie Great Pretender oba te Serge’e na chwilę spotykają się w jednym miejscu. Muzyka robi się szeroka, publiczna, niemal ceremonialna. Tekst zostawia rysę.

I nagle „Act III” przestaje interesować mnie jako album o odzyskaniu dawnego Kasabian. Bardziej fascynuje mnie ten nowy, dość dziwny układ: autor starego Kasabian próbuje przyzwyczaić się do bycia twarzą nowego Kasabian. To subtelnie inna historia.

Nietoperze mają lepszy gust niż dział marketingu

W Nothing Better Than This wraca ruch. Pizzorno opowiadał o inspiracji nagraniem tańczących nietoperzy i muszę przyznać, że jest to jedno z bardziej użytecznych wyjaśnień procesu twórczego, jakie ostatnio słyszałam. Żadnych „sonicznych podróży”, „przekraczania granic” ani „eksplorowania przestrzeni pomiędzy gatunkami”. Nietoperze wisiały do góry nogami. Ruszały się zabawnie. Z tego powstał rytm.

Bas jest szorstki, elektronika chłodniejsza, puls ociera się o post-punkowy klub, w którym ktoś zapomniał zgasić logo Kasabian nad barem. Piosenka ma prosty refren, nawet prymitywny, i niczego nie traci przez tę prostotę. Tu prostota służy ciału.

W starszej recenzji Royal Blood dobrze słychać fascynację brytyjskiego rocka fizycznością riffu i sekcji rytmicznej. Kasabian zawsze dodawało do podobnej fizyczności klubową pamięć. Nothing Better Than This przypomina o niej bez rekonstrukcji konkretnego okresu dyskografii.

Potem album robi rzecz, której nie zapowiadały najmocniej eksponowane single: zaczyna się lekko rozszczelniać.

Silver Apple Eyes płynie spokojniej. Perkusja nie musi bez przerwy podbijać temperatury, psychodelia dostaje więcej powietrza, gitara łagodnieje. The Guru and the Crypto Time Machine ma w sobie internetowy śmietnik, funk i coś z groteski współczesnego życia, w którym człowiek może w ciągu jednego popołudnia trafić na inwestycyjnego proroka, trenera męskości, specjalistę od manifestowania bogactwa i profil sprzedający suplement w proszku o kolorze materiału radioaktywnego. Nie wszystkie pomysły się kleją. No, ale przeciez nie muszą.

Trzy interludia – Quiet on Set Please 1m9, Mind Palace 2m7 i Npc 3m12 – są właściwie znakami montażowymi. Pizzorno nazwał płytę trzecim aktem, więc ktoś musiał jeszcze zgasić światło między scenami. Nie budują mi osobnej dramaturgii. Za chwilę zresztą zapominam, że album miał być czymś na kształt małej opery. Przy Glide zapominam z przyjemnością.

Glide nie spieszy się do refrenu

Perkusja Iana Matthewsa nagle dostaje miejsce, w którym można usłyszeć nie tylko uderzenie, lecz także jego otoczenie. Klawisze rozsuwają kompozycję. Pizzorno porzuca część swojego charakterystycznego półrapowanego sposobu prowadzenia frazy i śpiewa szerzej, spokojniej. Utwór trwa trzy minuty i czterdzieści cztery sekundy – na tej płycie to niemal jam session. Zatrzymałam się właśnie przy nim.

Cała pierwsza część „Act III” bardzo sprawnie odpowiada na pytanie, jak brzmi Kasabian. Glide zachowuje się, jakby pytania nie usłyszało. Zespół przestaje co chwilę podkreślać swoje cechy charakterystyczne i robi mu się lżej. Gitara, syntezatory i perkusja nadal należą do tego samego świata, tylko nie ustawiają się do rodzinnej fotografii.

Chętnie posłuchałabym płyty, na której Pizzorno poszedłby jeszcze kilka kilometrów tą drogą. Z całą swoją miłością do popowej dyscypliny ma czasem irytującą skłonność do zamykania drzwi dokładnie w chwili, gdy za nimi robi się naprawdę interesująco. „Act III” jest krótkie, szybkie, odporne na nudę. Zdarza mu się też uciekać własnym pomysłom.

Hyper//Rising zaczyna później pompować wszystko ponownie: cięższe gitary, więcej syntezatorowego ciśnienia, narastanie, kilka warstw próbujących dotrzeć do mety równocześnie. Utwór potrzebowałby jeszcze chwili, być może dwóch. Dostaje trzy minuty czterdzieści. Kasabian nie ma czasu. Festiwal za chwilę otwiera bramki.

Zdjęcie można już schować do szuflady

Say You (Closer) kończy album w zupełnie innym świetle. Cieplejszym, bliższym, prawie prywatnym. Po wcześniejszym machaniu rękami do publiczności Pizzorno może wreszcie opuścić ramiona. Głos nie musi przeprowadzać melodii przez stadion. Piosenka ma miękkość, która na „Act III” pojawia się późno i przez to zostaje w pamięci dłużej.

Myślę znów o tej okładce. Czterech muzyków patrzy w obiektyw. Tim Carter jest już częścią oficjalnego obrazu grupy. Toma Meighana nie ma. Żadnego symbolicznego wymazywania, żadnego teatralnego gestu sukcesji. Fotografia rejestruje skład, który istnieje teraz.

Muzyka potrzebuje nieco więcej czasu, żeby dojść do podobnej zwyczajności. Początek „Act III” chętnie pokazuje legitymację: brudny bas, psychodelia, rave, riff, bezczelny refren. Znamy państwa, proszę wejść. W drugiej połowie kontrola dokumentów robi się mniej gorliwa i właśnie tam słyszę płytę, do której będę miała większą ochotę wracać.

Nie oczekuję od Kasabian odcięcia własnej historii. Byłoby to równie sztuczne jak kopiowanie „West Ryder Pauper Lunatic Asylum” nuta po nucie. Dwudziestodwuletni katalog jest obecny w sposobie, w jaki Edwards prowadzi bas, Matthews wbija rytm, Carter porządkuje gitarową warstwę, a Pizzorno myśli jednocześnie riffem i syntezatorem. Tego nie trzeba reklamować jako DNA. Słychać.

„Act III” nie przynosi wielkiego przewrotu. Ma kilka świetnych piosenek, jedną czy dwie zbyt gładkie, parę pomysłów wypuszczonych ze studia przed pełnym rozwinięciem i drugą połowę ciekawszą od plakatu reklamującego powrót gitar. Najważniejsza zmiana wydarzyła się mniej efektownie: obecne Kasabian przestało brzmieć jak skład tymczasowy.

Można już zrobić następne zdjęcie dopiero wtedy, gdy komuś naprawdę będzie potrzebne.

Kasabian – Act III
Kasabian – Act III
1. quiet on set please 1m9 – 0:45 • 2. SOULMATE – 2:27 • 3. Hippie Sunshine – 3:06 • 4. SUPERPOWERS – 2:53 • 5. GREAT PRETENDER – 2:38 • 6. NOTHING BETTER THAN THIS – 2:39 • 7. mind palace 2m7 – 0:43 • 8. SILVER APPLE EYES – 3:15 • 9. THE GURU AND THE CRYPTO TIME MACHINE – 3:24 • 10. npc 3m12 – 0:44 • 11. GLIDE – 3:46 • 12. HYPER//RISING – 3:38 • 13. SAY YOU (CLOSER) – 2:54Skład zespołu: Sergio „Serge” Pizzorno – wokal prowadzący, gitara, bas, fortepian, syntezatory, programowanie; Chris Edwards – bas, chórki; Ian Matthews – perkusja, instrumenty perkusyjne; Tim Carter – gitara, fortepian, programowanie, chórkiMuzycy gościnni: brak potwierdzonych informacjiMiks: Mark RalphMastering: Matt ColtonWytwórnia: Columbia Records / Sony Music Entertainment UK LimitedData premiery: 4 września 2026Rok: 2026Typ wydawnictwa: album studyjnyMiejsce w dyskografii: dziewiąty album studyjny Kasabian; trzeci album studyjny wydany po przejęciu głównego wokalu przez Serge’a PizzornoCzas trwania: 32:52Liczba utworów: 13Formaty: streaming, download cyfrowy, Eco CD, czarny LP, biały LP, limitowany czerwony winyl, ekskluzywny czarno-biały winyl oraz warianty podpisaneNumery katalogowe: brak potwierdzonych informacjiAutorzy i produkcja: Sergio Pizzorno – kompozycje, teksty, produkcja; Mark Ralph – produkcja; Tim Carter – dodatkowa produkcjaNagrania / realizacja: album nagrany w The Sergery i Club RalphStudia nagraniowe: The Sergery; Club RalphInżynieria dźwięku: brak potwierdzonych informacjiDodatkowe credits: Tim Carter – dodatkowa produkcja; Matt Colton – mastering; w utworze Hippie Sunshine Sergio Pizzorno i Tim Carter są również kredytowani przy partiach perkusyjnychInformacje copyright / ℗ / ©: ℗ 2026 Sony Music Entertainment UK Limited
KONCEPT
6.8
SPÓJNOŚĆ
7.2
BRZMIENIE / PRODUKCJA
6.6
WYKONANIE
6.8
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
6
MELODIE / MOTYWY
6.3
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
6.9
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
4.9
EMOCJONALNOŚĆ
6.2
SIŁA PRZEKAZU
6.1
INNOWACYJNOŚĆ
4.7
EFEKT POWROTU
6
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
6.2
OCENA
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.