Wyprowadzić się z własnej legendy
„Brzmią dokładnie jak dawniej” — trudno o okrutniejszy komplement dla zespołu, który od siedemnastu lat nie chce być eksponatem w muzeum stoner rocka. Igor Sydorenko przyznał w rozmowie z The MetalList, że recenzje wychwalające „starego, dobrego stonera” drażnią go bardziej niż krytyka. Nic dziwnego. Gdyby nagrał kolejną wersję I’m the Mountain, część publiczności pewnie urządziłaby mu owację. Tymczasem sam wątpił, czy nowy materiał brzmi dostatecznie „stonedjesusowo”. Wahanie kompozytora okazuje się tu o wiele bardziej twórcze niż pewność części jego fanów.
Refren z odzysku
Już sam początek jest drobnym oszustwem, zresztą bardzo udanym. „Songs to Sun” kończył wdech; Under the Skin otwiera dokładnie ten sam oddech, po czym rozpycha się łokciami w postmetalowym tłumie. Gitary mają ziarnistą fakturę, perkusja Yurii Ciela wybija ciężki puls, a agresywny głos basisty Andrew Rodina szarpie melodie Sydorenki. To zderzenie działa lepiej niż sam łomot: pod przesterem od początku tkwi temat, którego nie sposób zakrzyczeć.
W Velvet riff, rozciągnięty w średnim tempie i podszyty grunge’ową melancholią, stąpa między frazami wokalu; perkusja pozwala melodii usiąść wygodnie pośród przesteru. Refren ma przy tym bezwstydną przystępność. Można przywołać Nirvanę, doom i shoegaze, lecz wszystkie te etykiety są mniej istotne niż fakt, że kompozycja wreszcie dostaje coś, do czego naprawdę chce się wracać. Najbardziej przekonujący moment nie wynika tu z powiększenia brzmienia, tylko ze znalezienia właściwych kilku nut. Sydorenko dopisał ten refren zaledwie dwa miesiące przed wejściem do studia, choć nad piosenką pracował od pięciu lat. W rocku progresywnym, gdzie skomplikowanie bywa traktowane jak dowód osobisty, to niemal akt niesubordynacji: pięć lat poszukiwań, a rozwiązaniem okazuje się porządna melodia.
Astronomia dla tych, którzy mają uszy
Środek albumu zmienia temperaturę bez gwałtownego przecinania kabla. W ZYX akustyczna gitara najpierw zostawia więcej powietrza wokół głosu, a przester dołącza później; zamiast kolejnego uderzenia pojawia się stopniowe zagęszczanie faktury. Syzygy idzie jeszcze dalej. Czyste gitary, delikatniejsze klawisze i gościnne solo Reine Fiske z Dungen rozwijają melancholię bez obowiązkowej metalowej kulminacji. Ta miniatura mogłaby uchodzić za przerwę na herbatę, gdyby nie jej konstrukcyjna bezczelność.
Syzygia oznacza ustawienie trzech ciał niebieskich w jednej linii. Sydorenko ustawił więc własne trzy: w pierwszym instrumentalnym utworze Stoned Jesus ukrył partie dzwonków przywołujące Shadowland z poprzedniej płyty, zapowiadające Jackal i zdradzające motyw przyszłego „Songs to Earth”, zapisany w 7/8. Kompozycja znajduje się dokładnie pośrodku środkowej części trylogii. Progrockowi detektywi mogą już wyjmować lupy. Mnie bardziej przekonuje, że nawet bez znajomości szyfru Syzygy ma własny oddech: po ciężkim otwarciu i stopniowym uspokojeniu ZYX pozwala melodii pozostać bez ciężkiej obstawy. Koncept działa wtedy, kiedy nie trzeba przeczytać instrukcji, aby muzyka miała sens.
Apokalipsa potrzebuje redaktora
Jackal przerywa tę delikatność z wdziękiem człowieka, który wchodzi do biblioteki z megafonem. Najpierw są przytłumione, urywane figury i prawie konspiracyjny śpiew, potem głos przechodzi w mowę, a gitary i perkusja kilkakrotnie podrywają kompozycję do kolejnych spiętrzeń. Przy całej teatralności rytmiczna podstawa pozostaje w 4/4 — potwierdził to sam Sydorenko w komentarzu do singla. Nie potrzeba piętrowych metrów, by skonstruować progresywny dramat; wystarczą zmiany artykulacji, pauzy, powroty riffu i umiejętność niedopowiadania.
Z tym ostatnim Jackal ma kłopot. Huxley, Orwell, zatruta woda, perspektywa świata bez przyszłości: katalog nieszczęść jest czytelny, zanim wokal nabierze oskarżycielskiej emfazy. Kiedy ta już nadchodzi, opowieść chwilami brzmi jak przemówienie, do którego sekcja rytmiczna dostała polecenie dopisać wykrzykniki. Są tu prawdziwa siła i świetnie rozplanowane napięcie, ale też nadmiar deklaracji. Trudno wymagać od każdej progrockowej miniopery dyskrecji; warto natomiast pamiętać, że odbiorca zdążył już pojąć grozę sytuacji, zanim artysta zdecydował się jeszcze raz ją objaśnić. Instrumenty okazują się bardziej wieloznaczne niż słowa.
Pokój, z którego wyniesiono perkusję
Ośmiominutowe Window in My Room otwiera już zupełnie inną przestrzeń: akustyczna gitara i spokojniejszy śpiew niosą balladę, której ciężar rośnie bardziej przez stopniowe nasycanie aranżacji niż spektakularne wybuchy. Pobrzmiewa dawny rock progresywny, a przygaszona intymność przywodzi na myśl Damnation Opeth. Tyle że czasami nastrój za bardzo wierzy we własną urodę. Osiem minut to długo, jeśli kolejne powtórzenia raczej pielęgnują jedną myśl, niż próbują ją podważyć. Można podziwiać cierpliwość zespołu i jednocześnie mieć ochotę delikatnie przestawić wskazówkę zegara.
W One More Empty Day zostaje akustyczna gitara, głos Sydorenki i odgłosy otoczenia. Nie ma perkusji, która mogłaby podbić słabszą frazę. Wokalista, chwilami zbyt skłonny w Jackal do teatralnego podkreślania emocji, tutaj osiąga więcej oszczędnością. Słychać pomysł na intymność pozbawioną dekoracji. Album nagrano w kolońskim Goblin Sound Studio; miks i mastering wykonał Karl Daniel Lidén, co potwierdzają oficjalne creditsy. Realizacja rozsądnie różnicuje masywne, szorstkie otwarcie i odsłoniętą końcówkę. W tym sensie produkcja wykonuje pracę, z którą w Window in My Room kompozycja nie zawsze sobie radzi: wie, kiedy odjąć.
Sydorenko zaczął pisać większość tych utworów jeszcze u progu pandemii. Dziś ukraiński zespół działa w znacznie brutalniejszej rzeczywistości; byłoby jednak publicystycznym lenistwem dopisywać wojnę do każdego akordu. Nie wszystkie pomysły na „Songs to Moon” się bronią: Jackal bywa przegadany, Window in My Room rozciąga piękną myśl odrobinę ponad potrzebę. Ale Velvet przypomina, że nie ma wstydu w chwytliwym refrenie, Syzygy dowodzi, że koncept może mieć serce, a finał pozwala Sydorence wyjść spod ciężaru własnego repertuaru. Wielki riff, który kiedyś zbudował Stoned Jesus publiczność, nie znika. Na „Songs to Moon” po prostu musi nauczyć się siedzieć również na widowni. Niech się przyzwyczaja.




