Tides From Nebula, Materia, Sunnata (Graffiti, Lublin – 16.11.2017)

Tides From Nebula, Materia, Sunnata (Graffiti, Lublin - 16.11.2017)

Lublin, największe miasto w regionie, stolica województwa. Jeden z ośrodków kulturalnych. A jednak część „ogólnopolskich” tras obijających się o tak zwane „duże miasta” go omija. Szczęśliwie nie tym razem. Lublin został wybrany jako miasto otwierające trasę, na którą KnockOut Productions złożyło niespodziewane trio. Sunnata, grająca jak sami o sobie piszą, „ritual heavy music” ze swoimi brudnymi, mantrycznymi riffami. Djentowa, agresywna Materia. I postrockowcy z Tides From Nebula. Skład przedziwny, a jak sprawdza się w boju? Przed wejściem na scenę Sunnaty z głośników dobiegała nas budująca klimat, jakby mantryczna, muzyka, wprowadzająca w nastrój pierwszego występu. Muzycy z Warszawy zaprezentowali około pół godzinny set. Technicznie kompozycje wydają się dość proste. Dynamiczne riffy przeplatają się zgrabnie z ciężkimi partiami, skłaniającymi się wręcz ku doom-metalowym inspiracjom. Wokale, zarówno czyste jak i oparte o scream wsparte są efektami. I tutaj mój zarzut, podejrzewam do nagłośnienia. Sunnata swój klimat w utworach, poza aranżacjami, opiera na murze efektów (reverby, delaye, chorusy itp). Graffiti jest chyba największym lokalem koncertowym w mieście (mówię tu o klubach, nie o miejscach typu hala, stadion itp), ale w porównaniu z mile wspominanym przeze mnie Eskulapem w Poznaniu, stosunkowo niedużym. Zdaję sobie sprawę, że specyfika muzyki tego wieczoru wymaga głośnego grania. Jednak w przypadku pierwszego występu, ta ściana efektów powodowała, że bardzo dużo smaczków i detali było zalewanych „błotem”. I nie, nie zależało to od miejsca, w którym stałem.

Tides From Nebula, Materia, Sunnata (Graffiti, Lublin - 16.11.2017)

O ile muzyka Sunnaty sama w sobie prezentuje się bardzo ciekawie, właśnie ze względu na ten miks ciężaru i energii z, w moim odczuciu, hinduskim i momentami mantrycznym klimatem, o tyle niestety na tym konkretnym koncercie coś nie pozwoliło osiągnąć oczekiwanego efektu. Warto jednak wspomnieć, że zespół w styczniu wchodzi do studia, sądząc po jednym z wykonanych kawałków może się spodziewać czegoś naprawdę interesującego.

Po krótkiej, wyliczonej co do minuty przerwie na scenę weszła Materia. Tak zwany „zespół z talent show”. W krótkich słowach – strzał prosto w pysk. Od samego początku kwartet ze Szczecinka zasadził kopa bez kompleksów. Ten występ pokazał też, że można sprawić, aby wszystko było słychać. Nagłośnienie zarówno przy konsoli jak i pod sceną pozwalało wychwycić wszystkie zagrywki, solówki, pincze i ten słynny, jakże charakterystyczny „klekot” djentowych partii. Ja osobiście porównuję chłopaków z Meshuggah napędzanych bigosem i hamburgerami. Słychać inspiracje królami djentu, ale nie jest to wyłącznie zimne, wykalkulowane metrum 31/36, ponieważ dokładają do tego mnóstwo melodyjnych i prostych, ale chwytających partii. Poziom, jaki sobą prezentują, jest absolutnie z najwyższej półki. Bardzo konkretne granie, jak wcześniej wspomniałem, bez żadnych kompleksów. Widać też, jak dobrze czują się ze swoją muzyką. Sami doskonale bawili się, grając, co z resztą kilka razy zaznaczali, rozmawiając z publiką. Stwierdzili, że jeśli trasa będzie się dalej tak układać, to nie mogą się doczekać. Najlepiej podsumować można tę część wczorajszego wieczoru słowami Tadka Piesiaka: Powiem wam, że zajebiście siadło. Zgadzam się w zupełności. Po zejściu ze sceny fani chcieli bisu. Zespół zaczął nieśmiało wychodzić, ale niestety ograniczenia czasowe okazały się bezlitosne i musieli zacząć po sobie sprzątać.

Tides From Nebula, Materia, Sunnata (Graffiti, Lublin - 16.11.2017)

Jednak koncert Materii to też moment, w którym zastanawiałem się nad celowością takiego a nie innego zestawu kapel. Pod sceną pogowały 3-4 osoby (w tym ja), podczas gdy potencjał mógłby rozszaleć cały lokal. Ale zdaję sobie sprawę i rozumiem, że wiele osób przyszło zwłaszcza na gwiazdę wieczoru, czyli Tides From Nebula. Przygotowania trwały chwilę, jednak poszły sprawnie. Ekipa odsłoniła elementy oświetlenia, perkusję, banner Tides From Nebula. Światła zgasły i zespół zaczął wychodzić na scenę. Zazwyczaj postrock kojarzy się z muzyką do bujania, popijania kakao i jazdy samochodem przy zachodzie słońca. Muzyków wyobrażamy sobie jako statycznych i skupionych profesjonalistów, którzy grzecznie grają swój koncert. Z tym skojarzeniem zgadza się jedno. Profesjonaliści. Kwartet z Warszawy pokazał jak wygląda postrock na żywo. Jest pełen energii i czadu. Muzycy każdy ułamek energii w swoich utworach przekładają na zachowanie na scenie, razem z nastrojem tańczą, skaczą, gibają się i wczuwają w swoją muzykę. Profesjonalnie też potrafią zwrócić uwagę garstce zbyt mocno szalejących pod sceną. Podejrzewam, że gdyby wytworzyła się typowa „bezpieczna strefa”, to nikomu by nie przeszkadzało, jednak w tym przypadku kilku pogowiczów mieszało się z ludźmi i wyraźnie przeszkadzało w odbiorze koncertu osobom, które zwyczajnie chciały posłuchać. Muzycy nie potrzebowali słów, wystarczyło, że po skończeniu utworu gestem pokazali „trochę spokojniej”. Zadziałało na szczęście.

Tides From Nebula, Materia, Sunnata (Graffiti, Lublin - 16.11.2017)Tutaj znowu mogę przyczepić się do nagłośnienia. Jak wspominałem wcześniej, Graffiti nie jest wielkim lokalem, a co za tym idzie, duże natężenie dźwięku nie działa tak, jak by się chciało. Muzyka Tidesów w dużym stopniu opiera się na smaczkach, zagrywkach i budowaniu nastroju. Niestety na koncercie głośność czasem przeszkadzała w odbiorze, chwilami wszystko zbiegało w silny trzask. Najlepszą opcją było chyba obserwowanie koncertu na monitorach, w części barowej. Poza tym jednak wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Adam Waleszyński opowiedział parę słów na temat tego dlaczego tak lubią tu przyjeżdżać. Nie tylko dlatego, że jego żona pochodzi z Lublina i ma tu nową rodzinę. Przede wszystkim najbardziej cieszą ich ludzie, którzy od 10 lat przychodzą na ich koncerty, niektórzy podobno na każdy jeden i dają im energię i motywację do działania.

Podczas granego na bis niekwestionowanego przeboju, Tragedy of Joseph Merrick, Adam zszedł ze sceny i zagrał parę taktów wśród publiczności. Po skończeniu utworu powiesił gitarę na swojej (jak mniemam) teściowej, co wzbudziło powszechną radość. Muzyczne przeżycia i podróże serwowane przed Tides From Nebula są na bardzo wysokim poziomie i warto wybrać się żeby zobaczyć i posłuchać ich na żywo, oddać się tej płynącej energii i kosmosowi brzmieniowemu. W momencie, kiedy to piszę, trasa dopiero się rozkręca. Jeśli jesteście gdzieś w okolicy koncertu tria Sunnata, Materia i Tides From Nebula, ale wahaliście się, czy to ze sobą dobrze siedzi i jak to działa na żywo, nie zastanawiajcie się dłużej. Idźcie koniecznie. Przeżyjcie muzyczną podróż przez Indie, twardą energetyczną przejażdżkę offroadem, a na koniec odlećcie w kosmos.