Lamb of God - Into Oblivion
Lamb of God - Into Oblivion

Lamb of God – Into Oblivion

Lamb of God nie potrzebują kolejnego powrotu do korzeni. Oni nigdy tych korzeni naprawdę nie porzucili. Zmieniali proporcje, wygładzali produkcję, dopuszczali więcej melodii i próbowali mówić nieco spokojniejszym głosem, lecz podstawowy mechanizm pozostawał na miejscu: poszarpany riff, rytmiczne przesunięcie, nagłe cięcie i Randy Blythe brzmiący tak, jakby właśnie wyproszono go z posiedzenia rady nadzorczej za zbyt dosłowne przedstawienie wyników.

Problem dziesiątego albumu zespołu nie polega więc na tym, czy Lamb of God nadal umieją grać groove metal. Umieją. Pytanie brzmi, czy potrafią użyć własnego języka bez zamieniania się w grupę odtwarzającą najlepiej przyjęty etap kariery. „Into Oblivion” wygrywa ten spór częściej, niż się spodziewałem. Nie przez rewolucję. Przez odzyskanie ruchu.

Powrót bez wehikułu czasu

Utwór tytułowy wchodzi bez zapowiedzi. Gitary Marka Mortona i Williego Adlera nie budują napięcia długim wstępem, tylko od razu ustawiają ciężar na synkopowanym riffie. Pomiędzy zwartymi uderzeniami pojawiają się krótkie, ostrzejsze linie, dzięki którym kompozycja nie osiada w jednym rytmicznym bloku. Refren ma szeroki kontur, ale nie próbuje udawać stadionowej melodii. Blythe prowadzi go jak hasło alarmowe.

Parasocial Christ działa jeszcze skuteczniej. Zespół skraca dystans między thrashowym rozpędem, hardcore’ową gwałtownością i charakterystycznym dla siebie groove’em. Nie ma tu czasu na ceremonialne rozstawianie wzmacniaczy. Kolejne sekcje wpadają na siebie, perkusja zagęszcza ruch, a wokalista przechodzi od chropowatego szczeknięcia do wyższego wrzasku bez utraty czytelności frazy. To jeden z tych numerów, w których agresja wynika z tempa decyzji, a nie z samego poziomu głośności.

The Killing Floor i St. Catherine’s Wheel wzmacniają thrashową stronę materiału. Pierwszy z nich dobrze wykorzystuje zatrzymania i gwałtowne ponowne wejścia sekcji rytmicznej. Drugi ma więcej ciągłego pędu, lecz jego główny riff nie zostaje w pamięci równie długo. Lamb of God poruszają się tu bardzo sprawnie, czasem aż zbyt sprawnie. Słychać dyscyplinę, ale słychać też gotowy zestaw odruchów.

W naszym wcześniejszym tekście o „VII: Sturm und Drang” eksperymenty sprawiały wrażenie ostrożnie dopuszczanych do głównego nurtu płyty. Na „Into Oblivion” relacja się odwraca. Klasyczny język zespołu stanowi centrum, a odstępstwa mają go rozszerzać, nie podważać. To bezpieczniejsza decyzja. Tym razem również bardziej konsekwentna.

Bas wyciąga zespół z koleiny

Najciekawsze momenty zaczynają się wtedy, gdy gitary przestają zagarniać całą przestrzeń. Sepsis otwiera John Campbell. Jego przesterowany, pogłosowy bas nie podąża grzecznie pod riffem, lecz ustala temperaturę kompozycji. Perkusja wchodzi ciężko, bez pośpiechu. Blythe używa półmówionej, półwykrzyczanej frazy, która brzmi naturalniej niż jego wcześniejsze próby czystego spoken wordu.

Utwór porusza się przez sludge’owy nacisk i krótkie przyspieszenia, ale nie traktuje wolniejszego tempa jak poczekalni przed obowiązkowym breakdownem. Niski rejestr pozostaje głównym argumentem także wtedy, gdy aranżacja gęstnieje. Właśnie tu Art Cruz najlepiej zaznacza własną pozycję. Nie próbuje w każdym takcie odtwarzać nerwowej, bogato akcentowanej gry Chrisa Adlera. Gra bardziej blokowo. Buduje ciężar, zamiast stale go ozdabiać.

El Vacío wykonuje większy skręt. Czysta gitara i spokojniejszy głos Blythe’a tworzą początek bliski balladowej powściągliwości, choć napięcie nie znika ani na moment. Cięższy refren wchodzi ostro. Za ostro. Przejście brzmi bardziej jak zderzenie dwóch dobrze wykonanych pomysłów niż ich naturalne połączenie. Sam refren ma siłę, ale aranżacja zbyt wyraźnie pokazuje miejsce klejenia.

Lepiej udaje się to w A Thousand Years. Łagodniejsza fraza wokalna zostaje wbudowana w wolny, kołyszący groove, a nie ustawiona naprzeciw ciężaru. Gitara prowadzi motyw z południowym poślizgiem, bas utrzymuje jego masę, a zespół nie spieszy się z powrotem do typowego ataku. Ten numer nie próbuje udowodnić, że Lamb of God nagle stali się inną grupą. Pokazuje natomiast, że potrafią zmienić sposób rozłożenia napięcia.

Blunt Force Blues również korzysta z wolniejszego kroku, choć robi to bardziej bezpośrednio. Riff ma bluesowy przechył, ale zostaje przepuszczony przez twardą, metalową artykulację. Blythe opiera na nim jeden ze swoich cięższych występów na płycie. Gdy słowa stają się zbyt ogólne, głos przejmuje ich funkcję. Nie opowiada. Naciska.

Muzyka pisana pod ruch

„Into Oblivion” trwa niecałe czterdzieści minut i nie próbuje zwiększać rangi albumu długością. Dziesięć kompozycji ma działać szybko, fizycznie i bez rozbudowanych epilogów. Słychać, że wiele fragmentów powstało z myślą o scenie: riff ma wywołać ruch, pauza ma otworzyć dół pod uderzenie, a refren musi nadawać się do zbiorowego wrzasku już przy pierwszym koncercie.

Ta użytkowość nie jest zarzutem. Lamb of God od dawna rozumieją, że ciężka muzyka może być skomplikowana w środku, a natychmiastowa na powierzchni. Morton i Adler rozdzielają role bez tłoku. Jeden utrzymuje mechaniczną podstawę, drugi wprowadza krótką odpowiedź, dysonans lub linię prowadzącą. Cruz nie walczy z gitarami o liczbę akcentów. Campbell dostaje więcej miejsca niż na wielu wcześniejszych płytach.

Produkcja Josha Wilbura utrzymuje wszystkie te elementy w ryzach. Stopa i werbel pozostają czytelne nawet podczas najbardziej gęstych wejść, wokal siedzi wysoko, a gitary mają zwarty środek. Brzmienie jest ciężkie, choć miejscami zbyt mocno skupione w centrum. Kiedy każdy instrument jednocześnie dostaje pełny ciężar, znika część głębi. Zespół nadal uderza. Trochę rzadziej oddycha.

Bully najmocniej ujawnia ograniczenie tej metody. Jest riff, jest południowy przechył, jest wokalna groźba i oczekiwane załamanie rytmu. Wszystko działa. Niewiele z tego zostaje. Utwór przypomina dobrze zakonserwowany model Lamb of God, który przeszedł przegląd, dostał nowe opony i nadal jedzie dokładnie tą samą trasą.

Devise / Destroy zamyka album lepiej, bo nie próbuje konstruować wielkiej finałowej wypowiedzi. To ostatni atak: szybkie gitary, agresywna artykulacja i niewielkie elementy melodyczne pracujące pod powierzchnią. Płyta nie kończy się rozwiązaniem. Odcina zasilanie.

Teksty Blythe’a dotyczą rozpadu społecznych zobowiązań, przemocy, manipulacji i świata, w którym internetowa bliskość łatwo zmienia się w kult jednostki. Parasocial Christ ma konkretny cel i gryzie mocniej niż bardziej ogólne ostrzeżenia utworu tytułowego. Wokalista nie jest tu poetą półtonów. Pisze hasła, zarzuty i oskarżenia. Kiedy muzyka pracuje równie oszczędnie, słowa trafiają. Kiedy riff jedynie potwierdza ich gniew, pojawia się przewidywalność.

Nerw odzyskany, ryzyko ograniczone

„Into Oblivion” nie jest nowym „Ashes of the Wake”. Próba wykonania takiej kopii skończyłaby się porażką, niezależnie od jakości riffów. Tamta płyta należała do określonego momentu w historii zespołu i amerykańskiego metalu. Dzisiejszy Lamb of God gra ciężej produkcyjnie, oszczędniej komponuje i znacznie lepiej wie, czego publiczność oczekuje po pierwszych czterech taktach.

Ta wiedza bywa przewagą. Bywa też hamulcem. Najlepsze kompozycje – Parasocial Christ, Sepsis, El Vacío i A Thousand Years – pojawiają się tam, gdzie zespół narusza własny automatyzm. Nie odrzuca charakterystycznego groove’u, lecz zmienia jego źródło: raz prowadzi bas, innym razem czysta gitara, spokojniejszy wokal albo dłużej utrzymane wolne tempo.

Słabsze momenty przypominają, że Lamb of God mogą napisać poprawny numer niemal odruchowo. To wysoki poziom rzemiosła, lecz odruch nie zawsze zostawia ślad. Nowe logo wykonało większy zwrot niż kilka riffów. Na szczęście logo nie gra koncertów.

„Into Oblivion” nie odmładza Lamb of God. Przywraca im koncentrację. Zespół brzmi głodniej niż na kilku poprzednich wydawnictwach, a krótsza forma nie daje przeciętnym pomysłom czasu na rozpychanie się. Sceptycy nadal usłyszą znajome konstrukcje. Fani dostaną album, który nie prosi o wyrozumiałość dla weteranów. Wchodzi, uderza i w większości trafia.

Lamb of God - Into Oblivion
Lamb of God – Into Oblivion
UTWORY: 1. Into Oblivion, 2. Parasocial Christ, 3. Sepsis, 4. The Killing Floor, 5. El Vacío, 6. St. Catherine’s Wheel, 7. Blunt Force Blues, 8. Bully, 9. A Thousand Years, 10. Devise / Destroy.SKŁAD: D. Randall Blythe / wokal, Mark Morton / gitara, Willie Adler / gitara, John Campbell / gitara basowa, Art Cruz / perkusja.PRODUKCJA: Josh Wilbur / produkcja i miks; perkusję zarejestrowano w Richmond w stanie Wirginia, gitary i bas w domowym studiu Marka Mortona, wokale w Total Access Studio w Redondo Beach; mastering i okres nagrań – brak potwierdzonych informacji.WYDANIE: Century Media Records / Epic Records, 13 marca 2026; CD, limitowane wydanie Zine CD, LP, wydanie cyfrowe i streaming.
KONCEPT
6.5
SPÓJNOŚĆ
7.5
BRZMIENIE / PRODUKCJA
7
WYKONANIE
8
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7
MELODIE / MOTYWY
6.5
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
7
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
6.5
EMOCJONALNOŚĆ
6.5
SIŁA PRZEKAZU
7
INNOWACYJNOŚĆ
5.5
EFEKT POWROTU
7.5
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
6.9
OCENA
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.