W życiu fana muzyki przychodzi czasem taki moment, kiedy dokonuje bardzo sprytnej zamiany. Przestaje mówić: „nie chce mi się już szukać”, a zaczyna mówić: „nie ma już czego szukać”. Różnica niewielka, za to wygoda ogromna. Nie trzeba przyznawać, że po pracy, rodzinie, zakupach, mailach, Netflixie i półgodzinnym bezmyślnym przewijaniu telefonu zostało człowiekowi mniej cierpliwości na nieznany album. Można za to ogłosić upadek muzyki popularnej. Najlepiej od razu całej. Wiadomo przecież, że ostatnia naprawdę dobra płyta ukazała się wtedy, kiedy mieliśmy siedemnaście, dwadzieścia albo dwadzieścia pięć lat. Dziwnym trafem historia muzyki wykazuje tu niezwykłą zgodność z naszym aktem urodzenia.
I właśnie dlatego pytanie dlaczego nie słuchamy nowej muzyki jest znacznie ciekawsze niż kolejne starcie pod tytułem „kiedyś to było”. Steven Wilson podczas spotkania w rzymskim Cinema Barberini odpowiedział na nie w sposób dość bezceremonialny. Zasugerował, że być może wraz z wiekiem to zupełnie normalne, że ludzie przestają intensywnie szukać nowych dźwięków. A ci, którzy nadal po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce grzebią w premierach, małych wytwórniach, Bandcampie, Spotify i katalogach nieznanych zespołów? „We are the weird ones”. To my jesteśmy dziwni. Wilson zresztą od dawna reprezentuje rodzaj muzycznej ciekawości, który na Laboratorium Muzycznych Fuzji jest nam szczególnie bliski: nie przywiązywać się do gatunku tak mocno, żeby w końcu pomylić miłość do muzyki z ochroną zabytków.
Nowa płyta ma przeciwko sobie twoje całe życie
Problem ze starą muzyką polega na tym, że ona oszukuje. Oczywiście nie sama muzyka. Oszukujemy my, tylko robimy to z taką elegancją, że nazywamy ten proceder gustem. Kiedy słuchasz dzisiaj płyty, którą katowałeś jako nastolatek, nie słyszysz wyłącznie gitar, basu, perkusji i wokalu. W zestawie są pokój u rodziców, pierwsza dziewczyna albo pierwszy chłopak, wakacje, szkolny korytarz, impreza, na której ktoś puścił ten numer o drugiej w nocy, pierwszy samochód, pierwsza większa samotność i ta dawna wersja ciebie, która nie wiedziała jeszcze, ile rzeczy w życiu okaże się całkiem zwyczajnych.
Nowy zespół wchodzi więc na ring ze świetnym singlem, dopracowaną produkcją i może nawet genialnym refrenem, a po drugiej stronie stoi Disintegration, OK Computer, Wish You Were Here albo dowolna płyta, do której pamięć dołożyła trzydzieści lat osobistych efektów specjalnych. Powodzenia. To jak wystawić przyzwoitego aktora przeciwko własnemu dzieciństwu i później dziwić się, że przegrał.
Psychologia od dawna opisuje zjawisko zwane reminiscence bump, czyli szczególną siłę wspomnień związanych z okresem dorastania i wczesnej dorosłości. Badania nad muzyką pokazują, że utwory związane z tym okresem wyjątkowo łatwo uruchamiają wspomnienia autobiograficzne i emocje. Badanie Carol Krumhansl i Justina Zupnicka opublikowane w „Psychological Science” dobrze pokazuje, że nasze przywiązanie do muzyki z określonych okresów życia nie jest wyłącznie fanowską mitologią. I tu robi się ciekawie, bo zdanie „kiedyś muzyka była lepsza” zaczyna brzmieć trochę inaczej. Czasem znaczy po prostu: „kiedyś muzyka była dla mnie ważniejsza”.
Im więcej słyszałeś, tym szybciej wystawiasz akt zgonu
Młody słuchacz ma pewną przewagę, której nie docenia, dopóki jej nie straci: ogromną liczbę pierwszych razów. Pierwszy Pink Floyd naprawdę może przestawić meble w głowie. Pierwszy Kraftwerk może sprawić, że nagle maszyna przestaje być narzędziem i zaczyna być estetyką. Pierwszy Miles Davis otwiera drzwi do jazzu, pierwszy Aphex Twin do elektroniki, pierwszy naprawdę brutalny metal do świata, który wcześniej wydawał się tylko hałasem produkowanym przez ludzi mających problem z sąsiadami.
Po trzydziestu latach intensywnego słuchania sprawa wygląda gorzej. Człowiek nie ma już w głowie pustego pokoju. Ma magazyn. Nowy numer zdąży zagrać pół minuty i zaczyna się katalogowanie: „trochę Radiohead”, „bas jak u Toola”, „klimat wczesnego Massive Attack”, „syntezatory jak Warp pod koniec lat dziewięćdziesiątych”, „to już robił Bowie”, „to już robił Eno”, „to już robił ktoś, kogo poznałem w 1994 roku i od tamtej pory uważam za niedocenionego”. Utwór jeszcze nawet nie doszedł do refrenu, a my zdążyliśmy znaleźć mu dziadka, dwóch kuzynów i powód, dla którego nie jest oryginalny.
To jedna z zabawniejszych pułapek doświadczenia. Wiedza miała nas otwierać, a czasem służy głównie do szybszego zamykania sprawy. Im więcej muzyki znamy, tym łatwiej rozpoznajemy wpływy, ale też tym łatwiej mylimy rozpoznawalność języka z brakiem własnego głosu. Tymczasem przecież nikt rozsądny nie oczekuje od powieści, żeby wymyśliła alfabet od nowa. Muzyka też nie musi odkrywać ósmego podstawowego dźwięku, żeby powiedzieć coś po swojemu.
Duże badanie Arielle Bonneville-Roussy i współpracowników nad związkiem wieku z preferencjami muzycznymi pokazało, że wraz z wiekiem zmieniają się zarówno nasze wybory, jak i miejsce muzyki w codziennym życiu. Młodsi badani przeciętnie słuchali jej częściej i przypisywali jej większą wagę. Nie ma jednak żadnego biologicznego przełącznika uruchamiającego w dniu czterdziestych urodzin playlistę „Best of 1987”. Badanie „Music through the ages” pokazuje raczej kombinację wieku, osobowości, otoczenia społecznego i zmieniających się potrzeb.
Dostaliśmy całą muzykę świata. No i przestaliśmy jej słuchać
Jest jeszcze streaming, największy prezent i jedna z większych ironii współczesnego słuchania. Nigdy wcześniej nie mieliśmy dostępu do takiej ilości muzyki. I nigdy wcześniej tak łatwo nie było każdej z tych rzeczy porzucić. Kiedyś kupno płyty było drobną inwestycją emocjonalno-finansową. Jeśli wydałeś na nią pieniądze i okazywała się dziwna, istniała spora szansa, że posłuchasz drugi raz. Choćby ze złości. Potem trzeci, bo nadal nie rozumiesz, za co zapłaciłeś. A po miesiącu mogło się okazać, że ta cholerna płyta jest świetna. Pięć lat później opowiadałeś oczywiście znajomym, że pokochałeś ją od pierwszego odsłuchu. Pamięć jest znakomitym działem PR.
Dzisiaj koszt rezygnacji wynosi zero. Intro trwa za długo? Następny. Wokal od razu nie podszedł? Następny. Perkusja dziwna? Następny. Pierwszy utwór nie obiecuje orgazmu estetycznego przed upływem trzydziestu sekund? Następny. Paradoks polega na tym, że streaming wcale nie musi zamykać nas na nowości. Badania George’a Knoxa i Barta Bronnenberga wskazywały, że po przejściu na streaming użytkownicy słuchali więcej i bardziej różnorodnej muzyki, ale jednocześnie spadała liczba ponownych odsłuchów nowo poznanych utworów. Ich analiza opublikowana w „Marketing Science” mówi coś bardzo istotnego: łatwiej dziś znaleźć nową muzykę, ale trudniej dać jej czas, żeby przestała być nowa.
To trochę jak mieć możliwość poznawania stu nowych ludzi tygodniowo i narzekać, że nikt nie zna cię naprawdę. Oczywiście, że nie zna. Zmieniłeś stolik po siedmiu minutach.
Steven Wilson i bezczelność czterdziestu dwóch minut
Dlatego The Overview Wilsona jest w tym kontekście płytą niemal złośliwą. Około czterdziestu dwóch minut muzyki, dwie wielkie kompozycje: Objects Outlive Us i The Overview. Żadnej próby udawania, że żyjemy w świecie, w którym wszystko musi się nadawać do playlisty „Rockowe pobudzenie przed pracą”. Oficjalny opis albumu przedstawia go właśnie jako dwuczęściowe, ciągłe doświadczenie, a nie worek singli przypadkiem wydanych pod jedną okładką.
Można tę płytę lubić albo nie. Można, jak w naszej recenzji The Overview, rozmawiać o tym, gdzie Wilson rzeczywiście przekracza własne przyzwyczajenia, a gdzie po prostu dobrze urządza wnętrze domu, który znamy od lat. Ale ciekawy jest sam wymóg postawiony słuchaczowi: zostań. Nie wybieraj czegoś innego. Nie sprawdzaj po minucie, czy gdzieś indziej nie wydarza się przypadkiem coś atrakcyjniejszego.
Wilson podczas rzymskiego spotkania zwrócił uwagę na prostą sprzeczność. Ludzie potrafią wejść do kina i przez dwie godziny zaakceptować tempo narzucone przez reżysera. Nie przewijają pierwszej sceny, bo „za mało się dzieje”. Nie wychodzą po trzydziestu sekundach, ponieważ bohater jeszcze nie przeszedł przemiany wewnętrznej. Filmowi przyznajemy prawo do czasu. Album coraz częściej musi na to prawo zasłużyć niemal od pierwszego taktu.
Oczywiście kino też kiedyś doczeka się przycisku „następny, ten mnie nie złapał w pierwszych czternastu sekundach”. Wtedy będziemy mogli wreszcie obejrzeć 2001: Odyseję kosmiczną tak, jak chciała natura: przewijając małpy.
Najbardziej konserwatywny człowiek na świecie? Fan progresu
Najzabawniejszy wariant tego zjawiska spotyka się jednak w rocku progresywnym. Można tam trafić na człowieka, który z wypiekami na twarzy opowiada, jak King Crimson, Yes, Genesis czy Pink Floyd przełamywali konwencje, ignorowali reguły, korzystali z nowych technologii i mieli odwagę iść pod prąd. Człowiek kończy swój wykład, włącza współczesny zespół, marszczy brwi i mówi: „to nie brzmi jak stary prog”.
Jest w tym jakaś czysta poezja. Kochać progresywność pod warunkiem, że nie prowadzi do żadnego progresu.
Wilson od dawna rozdziela zresztą „prog” jako historyczne brzmienie od czegoś, co nazywa szerzej progresywną wrażliwością: chęcią przekraczania granic, mieszania języków i szukania nowych form. W relacjach z rzymskiego spotkania pojawiają się obok klasycznych progresywnych tropów również The Smile, Mogwai, Massive Attack czy Billie Eilish. I słusznie. Jeżeli w 2026 roku najbardziej progresywną rzeczą, jaką może zrobić zespół, jest perfekcyjnie odtworzyć rok 1972, to słowo „progressive” naprawdę powinno domagać się odszkodowania.
Ten mechanizm działa zresztą wszędzie. Kochamy Bowiego za przemiany, ale od nowych artystów oczekujemy, żeby od razu dali nam coś znajomego. Podziwiamy Kraftwerk za to, że kiedyś brzmiał obco, ale współczesnej elektronice zarzucamy, że jest zbyt obca. Chwalimy dawnych artystów za ryzyko, dopóki ryzyko należy już do kanonu i zostało elegancko opisane w książkach. Awangarda jest najwyraźniej najlepsza po czterdziestu latach leżakowania.
Nie musisz kochać nowych płyt. Ale nie zrzucaj wszystkiego na płyty
Tu jednak łatwo przesadzić w drugą stronę. Nie zamierzam robić procesu ludziom, którzy po pięćdziesiątce wolą Steely Dan, Iron Maiden, Marillion czy The Cure od tygodniowej listy premier. Człowiek ma prawo słuchać czego chce, kiedy chce i ile razy chce. Muzyka nie jest obowiązkiem rozwojowym, a nowy eksperymentalny kwartet z Oslo nie dostaje automatycznie dodatkowych punktów tylko dlatego, że nikt jeszcze nie zdążył zrobić koszulki z jego logo.
Ale czym innym jest powiedzieć: „wolę stare rzeczy”, a czym innym: „nowych dobrych rzeczy już nie ma”. Pierwsze zdanie mówi coś o nas. Drugie udaje, że mówi coś obiektywnego o świecie. I właśnie tutaj zaczyna się cała zabawa.
Bo może nie straciliśmy zdolności do słuchania nowej muzyki. Może straciliśmy potrzebę, by pozwalać jej rosnąć. Znana płyta jest wygodna. Wchodzi do domu własnym kluczem, wie, gdzie stoi kawa i nie trzeba jej przedstawiać rodzinie. Nowa puka do drzwi i przez pierwsze pół godziny nie wiadomo, czy zostanie przyjacielem, czy człowiekiem sprzedającym garnki.
Kiedyś mieliśmy więcej cierpliwości również dlatego, że mieliśmy mniej możliwości ucieczki. Dzisiaj istnieje zawsze następny album, następny serial, następny podcast, następny film, następna rekomendacja. Walka o uwagę nie polega już na znalezieniu czegoś dobrego. Polega na wytrzymaniu przy czymś dobrym wystarczająco długo, żeby zdążyło się takim okazać.
Muzyka się nie skończyła. Skończyło się siedemnaście lat
Najbardziej podejrzane w nostalgii jest to, że uwielbia przebierać się za krytykę muzyczną. Nie mówi: „tęsknię za tamtym czasem”. Mówi: „kiedyś umieli pisać piosenki”. Nie mówi: „ta płyta przypomina mi, kim byłem”. Mówi: „to były prawdziwe albumy”. Nie mówi nawet: „nie chce mi się już przekopywać przez setki premier”. Mówi: „dzisiaj wszystko brzmi tak samo”. Cudowna konstrukcja. Człowiek zostaje uniewinniony, a cała współczesna kultura otrzymuje wyrok.
Dlatego w zdaniu Wilsona o „dziwakach” jest coś sympatycznego. Być może rzeczywiście trochę dziwni są ludzie, którzy po trzydziestu czy czterdziestu latach słuchania wciąż zakładają, że gdzieś może czekać na nich dźwięk, którego jeszcze nie znają. Nie muszą udowadniać młodości. Nie muszą zmuszać się do zachwytu. Wystarczy, że od czasu do czasu pozwolą sobie nie wiedzieć.
Bo doświadczenie muzyczne ma jeden paskudny efekt uboczny: daje człowiekowi przekonanie, że już wszystko potrafi nazwać. Ciekawość działa odwrotnie. Zaczyna się dokładnie tam, gdzie na chwilę przestajemy być kustoszem własnej kolekcji.
Może więc największym luksusem współczesnego słuchacza nie jest dostęp do milionów utworów. Ten luksus mamy już w kieszeni. Prawdziwym luksusem jest powiedzieć: przez najbliższe czterdzieści minut nie potrzebuję następnego utworu. Nie potrzebuję rankingu, komentarza, rekomendacji ani informacji, czy internet uznał tę płytę za arcydzieło. Najpierw jej posłucham.
A potem najwyżej stwierdzę, że była fatalna. To też jest przecież jedna z przyjemności bycia fanem muzyki.
Jeżeli więc naprawdę uważacie, że dzisiejsza muzyka jest gorsza, polemizujcie. Chętnie. Tylko wcześniej zadajcie sobie jedno niewygodne pytanie: kiedy ostatnio nowa płyta dostała od was tyle czasu, ile bez mrugnięcia okiem dostaje album znany od trzydziestu lat? Na Laboratorium Muzycznych Fuzji możemy się potem pokłócić o odpowiedź. W końcu od tego jest muzyka. Nie od tego, żeby stała bezpiecznie w gablocie i przypominała nam, jacy kiedyś byliśmy młodzi.
TAGI:



