
W Empath można zrobić mały eksperyment i na chwilę przestać słuchać riffu. Pod nim dzieje się coś ciekawszego. Bas Briana Cooka jest ogromny, chropowaty i bardzo bliski, ale nie rozlewa się po całym nagraniu. Dave Turncrantz wbija stopę w jego puls, zostawiając nad tym ciężarem wolne miejsce, w które Mike Sullivan może wejść gitarą. Kiedy robi się naprawdę głośno, nadal da się wskazać, gdzie kończy się jeden instrument, a zaczyna drugi. To dość osobliwy rodzaj brutalności. Trzech muzyków gra tak, jakby chcieli coś staranować, a jednocześnie każdy pilnuje, żeby nie nadepnąć pozostałym na buty.
I chyba właśnie tutaj Nine różni się najbardziej od stereotypowego myślenia o „jeszcze cięższej płycie”. Death metal, hardcore, thrash, niskie stroje – wszystko się zgadza. Tyle że ciężar tego albumu wcale nie rośnie proporcjonalnie do liczby dźwięków. Russian Circles nauczyli się zostawiać puste miejsce dokładnie tam, gdzie większość ciężkich zespołów wstawiłaby jeszcze jedną gitarę.
Cook przestaje wypełniać każdą szczelinę
To szczególnie dobrze słychać w Empath. Alarmowy, jednostajny ton na początku podnosi napięcie, potem wchodzi bas – brudny i ziarnisty – a riffy zmieniają się szybko: pojawia się bardziej thrashowa motoryka, szarpnięcia bliskie hardcore’owi, w końcu ciężki, powtarzany finał. Całość mogłaby łatwo skończyć jako cztery minuty zwartej masy. Nie kończy. Ballou ustawia instrumenty tak, że przester ma krawędzie.
Przy Converge podobny sposób pracy Kurta Ballou opisywaliśmy w Laboratorium przy okazji Hum of Hurt: dół potrafi być olbrzymi, a mimo tego rytm pozostaje czytelny. Na Nine</em ta cecha staje się jeszcze ważniejsza, bo nie ma wokalu, który z urzędu przejąłby środek obrazu. Gitara, bas i perkusja same muszą uzgodnić, kto w danym momencie stoi z przodu.
Brian Cook mówił zresztą przy okazji tej płyty o czymś, co dobrze tłumaczy jej brzmienie: dawniej miał odruch komplikowania swoich partii i dokładania kolejnych warstw, teraz większym wyzwaniem jest dla niego granie prościej i pozostawianie przestrzeni innym. Sullivan niezależnie doszedł przy swoim sprzęcie do podobnego „less is more”. Takie deklaracje zwykle pachną marketingiem dojrzałego muzyka, który właśnie odkrył, że trzy nuty są bardziej duchowe niż siedemnaście. Tutaj słychać konkretny skutek.
Bas nadal bywa najbardziej agresywnym elementem nagrania. Po prostu przestał zachowywać się jak właściciel całego budynku. I to jest pierwszy naprawdę dobry paradoks Nine: płyta stała się cięższa, gdy muzycy zaczęli sobie nawzajem schodzić z drogi.
Eluvial: dużo przestrzeni, mało tlenu
Eluvial robi z tym pomysłem coś zupełnie innego. Opóźniona gitara odbija się pomiędzy kanałami, Sullivan rozwija długą melodię, a Turncrantz nie przykrywa jej klasycznym rockowym biciem – jego puls ma bardziej kołyszący, boczny ruch. Pod spodem Cook trzyma przesterowany bas i krótkie, poszarpane sygnały elektroniki.
Na papierze powinno zrobić się lżej. Gitara dostaje więcej wybrzmienia, między uderzeniami powstają większe odstępy, panorama się rozszerza. Tyle że dół nagrania właściwie nie odpuszcza. Słuchacz dostaje więcej miejsca po bokach, ale podłoga nadal drży.
To rozróżnienie wydaje mi się ważniejsze niż typowy podział Russian Circles na „ciężkie” i „atmosferyczne”. Na Nine</em atmosfera rzadko służy odpoczynkowi. Jest inną metodą utrzymywania nacisku. Eluvial nie otwiera okna po Empath. Raczej przesuwa ściany dalej od siebie i zostawia w pomieszczeniu to samo ciężkie powietrze.
Jeszcze wyraźniej działa to w E2. Niski puls syntezatora i dubowo prowadzony bas zajmują najniższe piętro utworu, nad którym gitara może poruszać się cieniej, niemal nerwowo. Te rejestry prawie się ze sobą nie siłują. Góra ma ruch, dół ma masę. Dzięki temu utwór może być jednocześnie szeroki i nieprzyjemnie zamknięty. To chyba najmniej oczywisty sposób, w jaki Nine jest ciężką płytą. Nie przez ciągłe dociskanie słuchacza do ściany. Czasem Russian Circles odsuwają ścianę kilka metrów dalej, po czym zostawiają przed nią ten sam ciężar.
Meridian i problem z perfekcyjnym ustawieniem mebli
Przejście z E2 do Meridian jest niemal bezszwowe. Syntezatorowy dół ustępuje miejsca cieplejszej gitarze, Turncrantz zaczyna napędzać utwór, Sullivan rozkłada powtarzalne arpeggia, a Cook nie śpieszy się z wypychaniem basu na pierwszy plan. Wszystko trafia na swoje miejsce. Może nawet trochę za dobrze.
Właśnie tutaj po raz pierwszy Nine zaczyna tracić część napięcia. Nie dlatego, że zespół zwalnia. Problemem jest przewidywalność wzajemnej uprzejmości. Gitara wie, kiedy się cofnąć, bas wie, kiedy zgęstnieć, perkusja bezbłędnie rozpoznaje moment, w którym trzeba podnieść temperaturę. Przez kilka minut oglądam bardzo dobrze zaprojektowaną przestrzeń, w której nic nie stoi przypadkiem. Jest efektowna. Trochę chciałabym znaleźć w niej krzywo postawione krzesło.
Ciekawy jest zresztą kontekst powstawania tego utworu. Cook wspominał, że w środkowej części Meridian zespół stopniowo upraszczał jego partię. Kiedy nagrali tę wersję, fragment zrobił się płaski i statyczny, więc wrócili do jednego z wcześniejszych pomysłów basisty. To drobna historia z prób, ale dobrze opisuje granicę całej estetyki Nine. Odejmuje się tutaj bardzo dużo. Trzeba jednak wiedzieć, w którym momencie dalsze odejmowanie przestaje tworzyć przestrzeń i zaczyna tworzyć pustkę. Russian Circles są na tej płycie świetni w zostawianiu miejsca. Bywają trochę mniej fascynujący, kiedy każda pozostawiona szczelina wygląda już na zaprojektowaną w programie CAD.
To również powód, dla którego najmocniej działają drobne zakłócenia: nierówny puls elektroniki w Eluvial, bas, który nagle wychodzi przed gitarę, perkusyjne zagęszczenie w Meridian. Zespół na chwilę przestaje wyglądać jak idealnie zestrojona maszyna. Pojawia się tarcie. I od razu robi się ciekawiej.
Arletta miała być ostatnia
Najwięcej o całej płycie mówi mi jednak decyzja, która nie zapadła podczas pisania żadnego riffu. Arletta – niecałe dwie minuty nylonowej gitary, nagranej osobno przez Dave’a Catchinga w Rancho De La Luna – początkowo miała zamykać album. Brian Cook mówił wprost, że zespół traktował ją jako zejście z ciężkiego materiału. Dopiero podczas masteringu muzycy zamienili kolejność dwóch ostatnich utworów i przenieśli Seventh Seal na koniec.
To na pierwszy rzut oka kosmetyka. Dwa te same nagrania, kilka minut muzyki, żadnej dogranej nuty. A jednak zmienia się niemal wszystko. Gdyby Arletta została finałem, Nine miałoby tradycyjny mechanizm regeneracji. Po przemocy pojawiłby się dystans. Nylonowe struny zmniejszyłyby skalę obrazu, pozwoliły usłyszeć dotyk palców, krótsze wybrzmienia, ciszę pomiędzy frazami. Album wypuściłby słuchacza spokojniej, niż go przyjął.
W obecnym układzie Arletta nie leczy niczego. Czyści słuch. Po gęstym dole wcześniejszych utworów ucho przez moment odzwyczaja się od basu i bębnów. Przyzwyczaja się do małego instrumentu, do naturalnego wybrzmienia, do kilku prostych fraz. I dokładnie wtedy wchodzi Seventh Seal. Perkusja Turncrantza pojawia się bez ceremonii, potem dochodzą zwarte partie basu i gitary. Riff nie potrzebuje długiego crescendo, ponieważ Arletta zrobiła za niego najważniejszą pracę: wyzerowała skalę.
To jest dla mnie znacznie ciekawsze niż informacja, że zespół słuchał Bolt Thrower, Morbid Angel czy hardcore’u. Te wpływy da się wskazać w riffach. Zmiana kolejności Arletta i Seventh Seal mówi coś bardziej zasadniczego o tym, jak Russian Circles myślą dziś o emocjach. Na Gnosis finałowe Bloom dawało rodzaj oddalenia. Cook opisywał ten utwór jak wspomnienie wcześniejszego świata i zamknięcie pewnego rozdziału brzmienia zespołu. Cztery lata później Russian Circles przygotowali sobie możliwość podobnego gestu, a potem świadomie z niej zrezygnowali.
Nine nie jest więc przede wszystkim płytą o większej brutalności. Jest płytą o odmowie ulgi. To zmienia także wcześniejsze spokojniejsze fragmenty. Eluvial, E2 i pierwsza część Meridian przestają być przystankami pomiędzy metalowymi uderzeniami. Skoro finał nie przynosi uspokojenia, cała ta przestrzeń okazuje się częścią napięcia. Album kilka razy sugeruje, że zaraz pozwoli się rozluźnić, lecz zawsze zostawia gdzieś aktywny element: niski syntezator, basowy puls, zapętloną gitarę, perkusję, która nie chce całkiem osiąść.
Siedem utworów bez miękkiego lądowania
Dlatego mam problem z nazywaniem Nine „powrotem do formy”. Forma była tu od dawna. Russian Circles nie zapomnieli przecież pomiędzy Station a Gnosis, jak zbudować crescendo albo nagrać potężny riff. Na dziewiątej płycie ciekawsze jest przesunięcie odpowiedzialności za ciężar. Coraz mniej zależy on od samego przesteru. Robią go proporcje, kolejność, rejestr, moment wycofania jednego instrumentu i brak spodziewanego rozładowania.
Nie wszystko działa równie dobrze. Środek Nine potrafi być tak kontrolowany, że znika odrobina ryzyka. Ten zespół zna swoją architekturę na pamięć i czasem widać linie pomocnicze pod rysunkiem. Wolę chwile, kiedy któryś instrument zaburza porządek: Cook wciska bas w miejsce pozornie przeznaczone dla gitary, Turncrantz przeciąga napięcie o kilka uderzeń, elektronika brudzi przestrzeń, która przed momentem była zbyt czysta.
Ale nawet ta wada mówi coś o obecnym Russian Circles. Po ponad dwóch dekadach ich problemem nie jest brak języka. Mają go aż za dobrze opanowanego. Nine nabiera życia wtedy, kiedy na moment przestają mówić nim bezbłędnie.
Po Seventh Seal nie dostajemy epilogu. Epilog był gotowy. Zespół przesunął go o jedno miejsce wcześniej i wykorzystał jako część uderzenia.



