Martyna Sabak – Nic nie trzeba
Martyna Sabak – Nic nie trzeba

Martyna Sabak – Nic nie trzeba

Martyna Sabak – Nic nie trzeba
Martyna Sabak – Nic nie trzeba

Martyna Sabak wraca z drugim autorskim albumem „Nic nie trzeba”, wydanym nakładem SJRecords, i robi to w sposób, który nie krzyczy z progu: „patrzcie, jaka jestem dojrzała”, tylko spokojnie nalewa herbaty, poprawia krzesło i mówi: usiądź, człowieku, bo może nie musisz dzisiaj udawać generała własnego życia. Po debiutanckim „Byłam Jestem Będę” artystka kontynuuje drogę opartą na piosence autorskiej, jazzie wokalnym, soulowej miękkości i refleksji codzienności, ale tym razem cały materiał jest bardziej scalony, pewniejszy gestem i mniej skłonny do ozdobnych objazdów po rondzie emocji. To album zbudowany na prostocie, choć nie prostacki; na melodii, choć nie banalny; na akustycznym brzmieniu, choć bez muzealnego zapachu kurzu z gabloty. W świecie, w którym wiele płyt próbuje wejść do pokoju razem z drzwiami, framugą i częścią ściany, „Nic nie trzeba” wybiera inną strategię: zostaje blisko, mówi ciszej, ale słuchacz po czasie orientuje się, że właśnie dlatego zaczyna słyszeć więcej.

Pod względem stylistycznym „Nic nie trzeba” porusza się między współczesnym jazzem wokalnym, soul jazzem, latin jazzem, kameralną balladą i ambitną piosenką środka, czyli taką, która nie musi się wstydzić melodii, ale też nie bierze słuchacza za osobę, której trzeba wszystko pokazać czerwonym markerem. Martyna Sabak, jako wokalistka, autorka tekstów i muzyki, pozostaje tu orędowniczką codzienności: interesuje ją człowiek po powrocie z pracy, człowiek z niedokończoną rozmową, człowiek z listą rzeczy „do zrobienia”, która już dawno przestała być listą, a stała się małym ministerstwem presji. I właśnie w tym miejscu album trafia w swój najbardziej rozpoznawalny ton — elegancki, ciepły, momentami lekko przewrotny, ale bez kabaretowego mrugania okiem.

Warto też od razu zaznaczyć, że „Nic nie trzeba” nie jest płytą z rodzaju „jazz dla tych, którzy chcą udowodnić, że rozumieją trudne rzeczy”. Nie trzeba tu siedzieć z partyturą, lupą i miną człowieka, który właśnie rozpoznał substytucję trytonową w układzie mebli kuchennych. To muzyka komunikatywna, lecz dopracowana. Jej jazzowo-soulowe brzmienie nie wynika z dekoracji, ale z pracy zespołu, harmonicznej miękkości, naturalnej przestrzeni między instrumentami i rytmicznego pulsu, który potrafi kołysać bez efektu restauracyjnego lounge’u granego do rachunku za risotto. Dobrze koresponduje to z tekstami: z jednej strony prostymi w temacie, z drugiej — opartymi na niuansach, drobnych pęknięciach i emocjach, które często przychodzą dopiero wtedy, gdy przestajemy bohatersko produkować własną biografię.

Jazz codzienny, ale nie kapciowy

Najmocniejszą cechą albumu jest jego naturalność. To słowo bywa w recenzjach nadużywane tak często, że powinno dostać własny abonament parkingowy, ale w przypadku Martyny Sabak ma sens. „Nic nie trzeba” oddycha akustycznym instrumentarium: fortepianem, kontrabasem, perkusją, gitarą, saksofonem i trąbką. Nie chodzi tu wyłącznie o to, że instrumenty brzmią „prawdziwie”, bo to akurat potrafi powiedzieć każdy wujek przy świątecznym stole, gdy zobaczy kontrabas. Istotniejsze jest to, że aranżacje nie próbują zagłuszyć głosu i tekstu, tylko prowadzą z nimi żywą rozmowę. Fortepian Adama Jarzmika nie pełni funkcji tapety harmonicznej, lecz często ustawia architekturę kompozycji: raz delikatnie zagęszcza akordy, raz otwiera przestrzeń, raz pozwala melodii wokalu przejść przez progresję tak, jakby ta od początku wiedziała, gdzie ma skręcić.

W Nic nie trzeba słychać tę programową oszczędność, która nie oznacza ubóstwa, lecz świadome zdjęcie z muzyki kilku warstw makijażu. Tytułowy utwór działa jak manifest bez transparentu: rytm jest lekki, fraza wokalna niesiona z dużą swobodą, a harmonia nie musi co chwilę zakładać fraka, żeby wyglądać elegancko. To kompozycja, która dobrze ustawia słuchacza wobec całego albumu — nie będzie tu wielkiego napinania muskułów, będzie raczej precyzyjna praca nad oddechem, pulsem i sensem. Wokal Martyny Sabak pozostaje ciepły, ale nie przesłodzony; miękki, ale nie bezkształtny. To ważne, bo przy takim materiale jeden krok za daleko i można wpaść w pluszową mgłę, z której potem trzeba wyciągać słuchacza przy pomocy saksofonu ratunkowego.

Album dobrze pokazuje, jak piosenka autorska może korzystać z języka jazzu bez wpadania w akademicką sztuczność. W Everyone i CV piosenkowa forma zostaje oparta na przejrzystej konstrukcji, ale pod spodem pracują jazzowe detale: drobne przesunięcia akcentów, miękkie wejścia sekcji rytmicznej, harmoniczne poszerzenia, które nie burzą refrenowej dostępności, lecz nadają jej kolor. W takich momentach słychać, że Sabak nie próbuje pisać piosenek „ładnych” w sensie wystawowym, tylko piosenki, które mają swoje wnętrze. Czasem wystarczy zmiana napięcia w akordzie, drobne opóźnienie frazy, krótkie zawieszenie melodii nad rytmem, by zwykła myśl tekstowa zaczęła brzmieć jak coś, co słuchacz już kiedyś przeżył, tylko nie zdążył jeszcze nazwać.

Dla czytelników zainteresowanych szerszym kontekstem jazzowej formy warto przy okazji wrócić do materiałów Laboratorium Muzycznych Fuzji o mainstream jazzie oraz post-mainstreamie, bo „Nic nie trzeba” ciekawie pokazuje, jak wiele elementów jazzowego myślenia można przenieść do piosenki bez tworzenia wrażenia wykładu z harmonii dla siedmiu wtajemniczonych i jednego człowieka, który przyszedł przez pomyłkę.

Szept, groove i mały bunt przeciwko przesadzie

W głównej części albumu najciekawsze jest napięcie między spokojem a ruchem. „Nic nie trzeba” nie jest płytą statyczną, mimo że często operuje ciepłem i kameralnością. W jej środku pracuje subtelny groove, czasem bardziej soulowy, czasem latinowy, czasem z bluesowym zadziornym ruchem biodra, ale zawsze kontrolowany. Piotr Budniak na perkusji nie rozpycha się łokciami, tylko buduje puls, który zna wartość pauzy. Tymon Trąbczyński na kontrabasie daje kompozycjom mięsień, ale nie robi z nich siłowni. Gitara Michała Zwierniaka pojawia się jako element kolorystyczny i rytmiczny, raczej dopowiadający niż dominujący. Z kolei saksofon Jakuba Łępy i trąbka Ignacego Wendta wnoszą oddech, przestrzeń i ten rodzaj lekko dętej ironii, jaką mają instrumenty, które wiedzą, że potrafią zabrzmieć efektownie, ale nie muszą machać tym talentem pod nosem jak paragonem za drogi zakup.

Jak nie kochać to jeden z najbardziej sentymentalnych momentów płyty, ale sentymentalność jest tu prowadzona bez cukierniczej katastrofy. Utwór, napisany jako ślubna niespodzianka, mógłby łatwo skręcić w stronę patosu z kokardą, jednak pozostaje bliżej szczerej, kameralnej deklaracji niż ceremonialnego walca emocji. Melodia rozwija się miękko, z wyraźnym oddechem między frazami, a wokal nie próbuje udowodnić miłości za pomocą nadmiaru ozdobników. To bardzo rozsądna decyzja, bo prawdziwe uczucie w muzyce często przegrywa dopiero wtedy, gdy ktoś postanawia je „podkręcić”. Tutaj emocja jest podana prosto, ale nie płasko; intymnie, ale nie ekshibicjonistycznie.

Ze sobą wnosi z kolei element wewnętrznej rozmowy, może nawet cichego rachunku sumienia, choć bez tej ponurej księgowości duszy, w której człowiek zaczyna wystawiać faktury własnym lękom. W warstwie muzycznej ważna jest tu płynność: kompozycja nie gubi piosenkowego rdzenia, ale aranżacyjnie pracuje w półcieniach, w drobnych harmonicznych przesunięciach, w oszczędnym prowadzeniu dynamiki. To utwór, który pokazuje, że Sabak dobrze czuje temat zatrzymania, ale nie myli go z bezruchem.

Największe otwarcie przestrzeni pojawia się w Mountains. To kompozycja, w której dęciaki mogą odetchnąć szerzej, a zespół zyskać bardziej pejzażowy wymiar. Saksofon i trąbka dodają tu koloru, który nie jest tylko ozdobą, lecz elementem narracyjnym. Harmonia ma więcej powietrza, forma rozwija się mniej pospiesznie, a całość sugeruje ruch w górę — niekoniecznie triumfalny, bardziej ludzki, krok po kroku, z lekką zadyszką, jak to w górach i w życiu bywa. Słychać w tym utworze dobrą świadomość proporcji: gdy kompozycja prosi o większy gest, aranżacja go daje; gdy potrzebuje ciszy, nie wciska tam od razu trąbki w charakterze urzędowego stempla wzruszenia.

Medals i Paplanie przesuwają album w stronę większej rytmicznej sprężystości. W Medals można wychwycić latinowe refleksy, które dodają materiałowi światła, ale nie zmieniają go w pocztówkę z wakacji, gdzie wszyscy są piękni, opaleni i nikt nie musi płacić rachunków. Paplanie z kolei ma w sobie celny temat: nadmiar słów, komunikacyjny rozgardiasz, codzienną produkcję zdań, po których często zostaje tyle, co po pianie na kawie. Muzycznie utwór korzysta z piosenkowej chwytliwości, lecz pod spodem działa jazzowa elastyczność sekcji. To jeden z tych fragmentów, w których album zbliża się do lekkiej ironii — nie złośliwej, raczej obserwacyjnej. Jakby Sabak mówiła: tak, wszyscy trochę gadamy, a potem dziwimy się, że trudno usłyszeć cokolwiek ważnego.

Można gadać należy do najbardziej przebojowych punktów płyty, choć „przebojowość” trzeba tu rozumieć po sabakowemu: bez fajerwerków z marketu, bez refrenu wyciosanego pod algorytm i bez tej desperacji, która każe piosence krzyczeć „zapisz mnie na playlistę!”. To utwór z wyrazistym pulsem, dętym kolorem i fortepianem, który prowadzi całość z elegancją kogoś, kto umie zarówno zagrać, jak i zejść z drogi. Kompozycja dobrze streszcza jeden z głównych tematów albumu: relacje, które czasem trwają długo, czasem tylko przez chwilę, ale zostawiają ślad nieproporcjonalny do czasu trwania. Człowiek myśli, że odbył small talk, a potem po latach pamięta jedno zdanie. I odwrotnie: rozmawiał dwie godziny, a w głowie została jedynie informacja o pogodzie i czyjś entuzjazm wobec sernika.

Końcowe Lego oraz Lego (bonus) domykają album metaforą składania — siebie, relacji, codzienności, może również własnej dojrzałości artystycznej. To trafny finał, bo „Nic nie trzeba” nie jest płytą o wielkich objawieniach, tylko o małych elementach, które dopiero po czasie zaczynają tworzyć konstrukcję. I jak z klockami: niby wszystko jest proste, ale wystarczy nadepnąć na jeden w nocy, żeby zrozumieć pełnię ludzkiej egzystencji.

Adam Jarzmik i orkiestra drobnych przesunięć

Osobny akapit należy się pracy aranżacyjnej. Adam Jarzmik, odpowiedzialny za aranżacje materiału i współtworzenie warstwy muzycznej, pełni na albumie rolę kogoś więcej niż pianisty stojącego przy harmonicznym pulpicie dowodzenia. Jego fortepian buduje kręgosłup wielu kompozycji, ale robi to bez pedagogicznego tonu. Nie ma tu wrażenia, że muzycy chcą słuchaczowi pokazać dyplomy, konkursy i pełne CV w trzech tonacjach. Bardziej chodzi o sprawne, dyskretne prowadzenie energii: kiedy trzeba, harmonia robi się gęstsza; kiedy tekst wymaga przejrzystości, akompaniament ustępuje; kiedy sekcja dęta dostaje przestrzeń, fortepian nie konkuruje, tylko organizuje teren.

To właśnie dzięki tej aranżacyjnej dyscyplinie album Martyny Sabak zachowuje spójność mimo stylistycznych odchyleń w stronę soulu, latin, bluesa i ballady. Współczesny jazz wokalny bardzo łatwo może popaść w dwie skrajności: albo robi się przesadnie elegancki, jak hotelowe lobby, gdzie nawet kurz ma dress code, albo zbyt luźny, jak próba zespołu, który jeszcze nie ustalił, czy gra koncert, czy tylko rozgrzewa instrumenty. „Nic nie trzeba” znajduje środek. Produkcja eksponuje naturalne brzmienie, instrumenty mają własne miejsce w panoramie, wokal pozostaje czytelny, a całość nie zostaje sprasowana masteringowo do jednej głośnej tafli. Jest przestrzeń, jest oddech, jest dynamika.

Szczególnie dobrze wypada relacja między głosem Martyny Sabak a sekcją instrumentalną. Wokal nie zostaje wyniesiony ponad zespół jak solistka na piedestale, ale też nie ginie w aranżacyjnym aksamicie. To ważne, bo teksty są jednym z filarów płyty. Sabak śpiewa tak, jakby ufała słowom, a nie jakby musiała je ratować nadekspresją. W momentach bardziej refleksyjnych fraza bywa lekko zawieszona, w utworach rytmicznych nabiera elastyczności, a przy mocniejszych emocjonalnie fragmentach pozostaje skupiona. Nie ma tu wokalnej gimnastyki dla samej gimnastyki. I bardzo dobrze, bo czasem największym popisem jest niepopisywanie się, choć oczywiście brzmi to jak zdanie, które powinno wisieć w szatni szkoły muzycznej obok regulaminu korzystania z sali prób.

W tym kontekście warto przypomnieć również tekst Laboratorium Muzycznych Fuzji o wydarzeniu Jazz po polsku – czyli cały świat w warszawskim Jassmine, gdzie pojawia się nazwisko Adama Jarzmika i szerszy kontekst współczesnej polskiej sceny jazzowej. Z kolei zainteresowani perkusyjnym zapleczem tej estetyki mogą zajrzeć do materiału o Piotrze Budniaku Essential Group, bo Budniak również tutaj pokazuje, że perkusja w jazzie wokalnym nie musi być ani tłem, ani demonstracją siły, lecz precyzyjnym narzędziem prowadzenia narracji.

Codzienność bez lukru i bez kazania

Teksty na „Nic nie trzeba” są najbardziej rozpoznawalnym elementem autorskiego języka Martyny Sabak. Artystka pisze o codzienności, ale nie w trybie pocztówki z kubkiem kawy, kocem i obowiązkowym zdaniem o wdzięczności. Interesuje ją raczej to, co dzieje się po opadnięciu emocji: moment, gdy człowiek zostaje z własnymi oczekiwaniami, cudzymi radami, niespełnionymi planami i pytaniem, czy naprawdę musi jeszcze coś udowadniać. Album dotyka potrzeby odpuszczania, tęsknoty za prostotą dzieciństwa, napięcia między działaniem a ciszą, poszukiwania własnego kształtu, miłości nieidealnej, ale prawdziwej, oraz bycia tu i teraz. Brzmi jak katalog tematów terapeutycznych, ale na szczęście płyta nie zamienia się w gabinet z fortepianem w rogu.

Największą zaletą tych tekstów jest brak moralizowania. Sabak nie śpiewa z pozycji osoby, która już wszystko zrozumiała i teraz rozsyła certyfikaty dojrzałości emocjonalnej. Bardziej przypomina kogoś, kto idzie obok i od czasu do czasu mówi: „też tak mam”. To drobna różnica, ale w muzyce ogromna. Dzięki temu piosenki Martyny Sabak nie brzmią jak instrukcje obsługi życia, lecz jak notatki z jego użytkowania. A życie, jak wiadomo, często działa bez gwarancji, z brakującą śrubką i komunikatem „spróbuj ponownie później”.

Ten rodzaj pisania dobrze pasuje do jazzowo-soulowego idiomu. Soul wnosi ciepło, jazz daje przestrzeń na niedopowiedzenie, latinowe rytmy pozwalają uniknąć nadmiernej statyczności, a bluesowy cień przypomina, że nawet najbardziej elegancka codzienność ma gdzieś pod spodem drobne zadrapanie. W rezultacie „Nic nie trzeba” nie jest ani albumem smutnym, ani beztroskim. Jest raczej płytą o spokojnym pogodzeniu się z tym, że człowiek składa się z kilku sprzecznych instrukcji naraz. Chce działać i odpocząć. Chce być sam i blisko. Chce mniej, ale czasem kupuje więcej. Chce ciszy, po czym sam zaczyna mówić.

Spotify, SJRecords i kilka konkretów bez kadzidła

Album „Nic nie trzeba” jest dostępny w serwisach streamingowych, między innymi na Spotify, a także w wersji CD i WAV Hi-Res 24/96 poprzez SJRecords. Dla porządku warto odesłać również do oficjalnej strony artystki martynasabak.pl oraz do oficjalnego kanału YouTube, gdzie dostępne są materiały wideo związane z albumem, w tym singlowe odsłony tej płyty. Te linki nie są tu wklejone jak ulotki na słupie ogłoszeniowym, tylko dlatego, że przy takiej muzyce kontekst ma znaczenie: Sabak funkcjonuje na przecięciu sceny jazzowej, autorskiej piosenki i niezależnego obiegu wydawniczego, a „Nic nie trzeba” jest właśnie przykładem płyty, która najlepiej żyje wtedy, gdy słucha się jej jako całości, nie tylko jako zbioru pojedynczych utworów wyławianych przez algorytm.

Nie trzeba krzyczeć, żeby zostać

„Nic nie trzeba” to album, który rozwija artystyczną tożsamość Martyny Sabak w sposób spokojny, ale wyraźny. W porównaniu z debiutem słychać większą spójność materiału, dojrzalsze operowanie zespołem i bardziej świadome rozłożenie akcentów między tekstem, melodią a aranżacją. Nie jest to płyta rewolucyjna, nie podpala mostów, nie ogłasza nowej ery jazzu wokalnego i nie wymaga od słuchacza, by natychmiast przewartościował własne życie przy drugim refrenie. Jej siła leży gdzie indziej: w konsekwencji, czułości, akustycznym cieple i w tym, że potrafi mówić o rzeczach prostych bez infantylizowania ich.

Dla stałych fanów Martyny Sabak „Nic nie trzeba” będzie naturalną kontynuacją wcześniejszej opowieści, bardziej dopracowaną i pełniejszą brzmieniowo. Dla nowych słuchaczy może być dobrym wejściem w jej świat, bo album nie wymaga znajomości debiutu, choć oczywiście zyskuje, gdy traktować go jako drugi rozdział tej samej autorskiej drogi. Krytycy polskiej sceny jazzowej i piosenki autorskiej powinni docenić organiczne brzmienie, solidną pracę zespołu oraz fakt, że płyta nie próbuje być wszystkim naraz. A to już dużo. W czasach, gdy wiele albumów zachowuje się jak kandydat na rozmowie kwalifikacyjnej — jazz, pop, soul, latin, blues, rozwój osobisty, dobra energia, umiejętność pracy w zespole — Martyna Sabak mówi skromniej: „Nic nie trzeba”. I paradoksalnie właśnie dlatego coś zostaje.

Martyna Sabak – Nic nie trzeba
Martyna Sabak – Nic nie trzeba
UTWORY: 1. Nic nie trzeba, 2. Everyone, 3. CV, 4. Jak nie kochać, 5. Ze sobą, 6. Mountains, 7. Medals, 8. Paplanie, 9. Można gadać, 10. Lego, 11. Lego (bonus).SKŁAD: Martyna Sabak / wokal, chórki, teksty, muzyka; Adam Jarzmik / fortepian, aranżacje, współtworzenie muzyki; Tymon Trąbczyński / kontrabas; Piotr Budniak / perkusja; Jakub Łępa / saksofon; Ignacy Wendt / trąbka; Michał Zwierniak / gitara; Kinga Moczydłowska / chórki; Katarzyna Motyka-Dziedzic / chórki; Zosia Neckar / chórki.PRODUKCJA: publicznie dostępne materiały wskazują, że sekcja instrumentalna została zarejestrowana w studiu Sound and Wave w Warszawie, a za produkcję, nagranie, miks i mastering albumu odpowiadał Lukas Drozd. Szczegółowy harmonogram wszystkich sesji nagraniowych nie został szeroko opublikowany, dlatego nie dopisuję fikcyjnych dat ani nie udaję, że mam w ręku książeczkę płyty, której nie widziałem. To nie archeologia fantazyjna, tylko recenzja muzyczna.WYDANIE: SJRecords, premiera: 9 czerwca 2026 roku.
KONCEPT
8.2
WYKONANIE
8.4
PRODUKCJA
8
PRZEBOJOWOŚĆ
7.1
MELODIE
8.3
EMOCJONALNOŚĆ
8.5
INNOWACYJNOŚĆ
7
SIŁA PRZEKAZU
8.1
SPÓJNOŚĆ
8.6
EFEKT UZALEŻNIENIA
7.4
TEKSTY
7.5
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
7.9
OCENA
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.